GULAG
Historia

OKRUCHY HISTORII

WSPOMNIENIA ŁAGIERNIKÓW

Urodziłam się 30 lipca 1924 roku w Wilnie. Tato – hr. Bolesław Ursyn-Szantyr - farmaceuta, mama Emilia z Ostrowskich – urzędniczka, stworzyli w domu serdeczną, ciepłą, patriotyczną atmosferę. Szkołę podstawową, gimnazjum i maturę (już na tajnych kompletach) ukończyłam w Wilnie. Gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna, miałam 15 lat. Byliśmy wszyscy przerażeni, zagubieni (zwłaszcza młodzież), pełni niezrozumienia, jak to się mogło stać, że ktoś się targnął na naszą, ukochaną Ojczyznę. Nie wiedzieliśmy co robić!

Miesiąc później spotkałam starszego kolegę z harcerstwa, który powiedział, że wiedzą, co trzeba robić. Zaproponował mi przyłączenie się do oddziałów konspiracyjnych, które wkrótce weszły w skład Związku Walki Zbrojnej, przekształconego w początkach 1942 roku w Armię Krajową. Po zaprzysiężeniu używałam pseudonimu „Hanka”. Ukończyłam kurs sanitarno-łącznościowy.

Pełniąc funkcję łączniczki (m.in. przewoziłam broń, przeprowadzałam ludzi do oddziałów partyzanckich, organizowałam sieć kolportażu prasy podziemnej) i sanitariuszki (opiekowałam się rannymi) – zorganizowałam też pluton sanitarno-łącznościowy. Z moimi medycznymi praktykami – a już wtedy marzyłam, by zostać lekarzem – wiąże się wspomnienie z oddziału partyzanckiego, gdy przyprowadzono do mnie chłopca z raną postrzałową głowy (kula prześlizgnęła się po kości skroniowej). To był mój pierwszy raz udzielania pomocy, zabrałam się energicznie do opatrywania, ale gdy zobaczyłam w ranie chodzącą wesz – zrobiło mi się słabo i nie mogłam już tego opatrunku dokończyć. Nie wróżono mi lekarskiej przyszłości.

Wilno kilkakrotnie przeżywało zmianę okupanta (Rosjanie – Niemcy – znów Rosjanie), liczne aresztowania, egzekucje, bombardowania, zastrzelone, nadpalone ciała, których widok i zapach na zawsze pozostał w pamięci. Słynne morderstwo w Ponarach, podstępne aresztowanie dowódców oddziałów partyzanckich (rzekomo zaproszonych na rozmowy) po wejściu wojsk Armii Czerwonej – to były wstrząsające przeżycia.

Za działalność konspiracyjną 7 grudnia 1944 roku zostałam aresztowana przez NKGB. Pierwsze przesłuchanie trwało trzydzieści kilka godzin. Śledztwo było bardzo okrutne. Byłam bardzo bita, miałam złamany nos. Cela, w której siedziałam, miała jakieś kilka metrów kwadratowych. Wcześniej mieściła się tam ubikacja. Był czas, że musiało się w niej pomieścić ponad 20 dziewcząt.

Śledztwo trwało kilka miesięcy. Pod koniec marca 1945 roku odbyła się rozprawa. Sądził nas Wojenny Trybunał ZSRR. Było nas 12 dziewcząt i 2 mężczyzn. Starałyśmy się wyglądać godnie, uczesane, w wygładzonych rękami sukienkach. Na pytanie „Jakie jest wasze ostatnie słowo?” – odpowiedziałyśmy, że gdyby zaistniała taka potrzeba, robiłybyśmy jeszcze raz to samo, służyły Ojczyźnie. Wyrok dla większości z nas (i dla mnie) brzmiał: 10 lat ciężkich prac w obozach, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i konfiskata mienia. Kilka dni po rozprawie przewieziono nas do największego więzienia w Wilnie, na Łukiszkach.

Cztery tygodnie później – 1 lub 3 maja 1945 roku – kilka tysięcy więźniów zostało poprowadzonych na dworzec. Byli to niemal sami mężczyźni. Nasza dwudziestokilkuosobowa grupa kobiet – zmęczonych i wycieńczonych – szła na końcu. Za nami sfora ujadających psów, pilnujących byśmy nie odstawały od kolumny. Na dworcu towarowym wszystkich więźniów załadowano do bydlęcych wagonów. Wiadomość o transporcie już jakimś cudem rozeszła się po mieście wcześniej, gdyż daleko za torami stał tłum – na pewno naszych matek, rodzin – aby nas pożegnać. W wagonie było maleńkie okienko – przez załzawione oczy starałyśmy się rozpoznać bliskich – niestety, wagony stały za daleko. W pamięci i sercu wrył się na zawsze obraz machających tysięcy rąk... Pociąg ruszył…

Stukot kół wciąż oznajmiał, że jesteśmy coraz dalej od najbliższych, od ukochanego Wilna. Któregoś dnia usłyszałyśmy jakieś krzyki, wiwaty, strzały. Konwojent powiedział nam, że skończyła się wojna! Pojawiła się iskierka nadziei, ale pociąg nieubłaganie mknął dalej i dalej w nieznane.

Podróż nasza w tych okropnych warunkach (wagon bydlęcy, otwór w podłodze na potrzeby fizjologiczne, woda i solona ryba jako racja żywieniowa) trwała jeszcze kilka tygodni, aż dowieziono nas do obozu w rejonie Uchty – Komi ASSR. W obozie tym o nazwie Sedju przebywali sami kryminaliści (mężczyźni i kobiety). Na wstępie naczelnik obozu uprzedził nas, że rzeczy osobiste należy trzymać przy sobie. Próbowałyśmy, ale i tak wkrótce zostałyśmy okradzione z ubrań, butów i innych rzeczy. Poza tym naczelnik ostrzegł, byśmy nie korzystały z używanych przez więźniarki kubków i menażek, ponieważ wszystkie te kobiety były zarażone syfilisem.

Na początku w okresie letnim pracowałyśmy przy koszeniu trawy i dzikich kwiatów, nazywanych iwanczaj (herbata Iwana). Piękne, wysokie prawie naszego wzrostu. Kosiłyśmy je tasakami. Jednocześnie ścinałyśmy młode pędy brzóz, które stanowiły pokarm dla bydła, ale były zarazem dodatkiem do naszych, obozowych zup. Aby zarobić na kawałeczek chleba, trzeba było wyrobić normę – 200 kg na każdą z nas, a to nie było takie proste!

Zimą skierowano nas do wyrębu lasu. Żadna z nas nie miała pojęcia o takiej pracy. Najtrudniejszą czynnością było dokopanie się do pnia drzewa – śnieg sięgał powyżej pasa, więc najpierw trzeba było ten pień odkopać, abyśmy się mogły zmieścić i pracować piłą. Za pozostawienie zbyt wysokiego pnia była kara – karcer i głodówka. Zdarzały się wypadki – gdy skręcające się na pniu ścięte drzewa, padając, miażdżyły stopy, a także powodowały urazy kręgosłupa.

Były tam i inne przeżycia. Na początku, kiedy pracowałam w parze z moją przyjaciółką (Halinką) spuszczona przez nas brzoza zaryła się całkowicie w obfitym śniegu. Rozpacz – nie umiałyśmy sobie poradzić. Litościwy konwojent podrzucił nam kilka belek z kubików, ułożonych wcześniej przez innych i tym uratował nas od karceru i pozbawienia nas pajki chleba. Normą było ścięcie i ułożenie 2 m3 drzewa.

W tamtym lesie zdarzyło się też coś, co do dziś powraca w koszmarach. Stanęłyśmy na chwilę, aby się wyprostować, odsapnąć. Jakieś pół metra ode mnie stała Rosjanka – piękna młoda dziewczyna, kryminalistka z wieloletnim wyrokiem. W pewnym momencie podbiegła do niej druga Rosjanka i uderzyła ją siekierą w głowę, która nagle rozpadła się właściwie na dwie części. Było to dla mnie coś tak niepojętego, że przez chwilę jak sparaliżowana patrzyłam jak na jakiś film. Ta rzeczywistość dotarła do mnie dopiero, gdy krzyczący konwojent nakazał zabrać nieżywą dziewczynę i wracać do obozu. Muszę powiedzieć, że nie była to jakaś zemsta czy odwet za jakieś sprawy, jakieś porachunki. Była to po prostu metoda na zmianę okrutnych warunków głodu i ciężkiej pracy. Po takim wydarzeniu sprawca był odsyłany do więzienia. Pobyt w więzieniu, ciepły kąt, kawałek zapewnionego chleba był motywacją, aby dopuścić się takiego czynu. Podobny cel przyświecał także innym dwóm Rosjankom, mieszkającym razem z nami w tym samym baraku (mieszkało w nim około 150 kobiet). Któregoś dnia zaciągnęły starszą kobietę za parawan oddzielający część baraku od umywalek i tam ją zamordowały. Taki los mógł spotkać każdą z nas.

Będąc w pracy przy wyrębie lasu, w pewnym momencie usiadłyśmy na pniu drzewa, aby odpocząć i zjeść kawałek chleba, który przyniosłyśmy ze sobą. Byłyśmy młode, któraś z nas powiedziała coś śmiesznego, wybuchłyśmy śmiechem. Przybiegł konwojent i nakazał nam natychmiast przestać się śmiać, na co jedna z nas ze śmiechem zapytała: „A co strzelać będziesz?”. Konwojent: „A będę”. Koleżanka: „No to strzelaj”. I rzeczywiście otworzył ogień. Jedną dziewczynę zranił śmiertelnie, parę było rannych. Wróciłyśmy do obozu. Konwojent otrzymał nagrodę za to, że uniemożliwił próbę ucieczki.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Trudno było sobie wyobrazić, jak można je przeżyć z dala od najbliższych. Coraz częściej pojawiał się smutek na twarzy i załzawione oczy. Postanowiłyśmy jednak, że w wieczór wigilijny nie będziemy płakać, rozpaczać, że będziemy silne, a przywołany obraz rodziny będzie dla nas światełkiem radości.

Na wigilijną wieczerzę przyniosłyśmy do baraku resztki z obozowego obiadu – łyżka kaszy z kroplą oleju. Miseczki postawiłyśmy na stole. To była nasza kutia. Wyciągnęłyśmy chleb, którym podzieliłyśmy się jak opłatkiem. Zaczęłyśmy śpiewać „Wśród nocnej ciszy”. Stało się coś niesłychanego. Poczułyśmy się nagle silne, pełne nadziei, wiary i pewności, że wrócimy do domu, do rodziny, do Ojczyzny. Śpiewałyśmy chyba wszystkie kolędy. Stawałyśmy się coraz silniejsze. Zaśpiewałyśmy też piosenkę o naszym życiu, którą ja ułożyłam. W pewnym momencie spostrzegłyśmy, że jesteśmy otoczone współmieszkankami baraku. Wszystkie stanęły wokół stołu zafascynowane kolędami, a jednocześnie zdziwione, jak to możliwe, że w tej sytuacji my nagle czujemy się szczęśliwe. Na koniec jeszcze złożyłyśmy sobie życzenia i zaczęłyśmy przygotowywać się do spania. Jeszcze nie zdążyłam wejść na pryczę, kiedy do baraku weszło kilku żołnierzy. Skierowali się od razu do mnie, zrobili rewizję i znaleźli notatkę z piosenką ułożoną przeze mnie. Zabrali mnie ze sobą i skierowali do karceru.

W karcerze było zaledwie kilka stopni ciepła. Przyjaciółka wyprosiła u komendanta, aby przekazał mi tiełogrejkę (watowaną kurtkę), gdyż zabrano mnie ubraną tylko w cienką sukienkę. Karcer był niewielką celą, w której przy zewnętrznej ścianie stała prycza zbita z kilku desek. Położyłam się na niej, ale po pewnym czasie poczułam, że włosy przymarzają mi do ściany. Zeszłam więc z pryczy i wtuliłam się w kąt sąsiadujący z korytarzem. Po pewnym czasie przysnęłam. Nagle usłyszałam jakiś pisk, coś dotknęło moją stopę. Zerwałam się i usiadłam. W bardzo skąpym świetle sączącym się przez szparę nad drzwiami zobaczyłam dziwne stworzenie wielkości dużego kota. To “coś” tkwiło nie dalej niż metr ode mnie. Kiedy zobaczyłam długi, cienki ogon – zrozumiałam przerażona, że to ogromny szczur. Wpatrywał się bez ruchu, ja również nie ruszałam się, zaniemówiłam. Jednak po pewnym czasie zaczęłam do niego mówić i śpiewać, a że był to wieczór wigilijny, zaczęłam śpiewać wszystkie kolędy. Szczur cały czas tkwił w pobliżu mnie. Spędziłam w tym karcerze dziesięć dni i tyleż nocy. Szczur stale mi towarzyszył, nawet się do niego przyzwyczaiłam. Chował się tylko wtedy, gdy strażnik otwierał drzwi, aby przynieść mi wodę, chleb lub zupę, potem znowu pojawiał się. Okruszki chleba były dla niego. W ostatnich dniach nawet trochę spałam, a szczur się do mnie nie zbliżał, nie dotknął. Całymi dniami z nim rozmawiałam.

Kiedy wróciłam do baraku i opowiadałam o tym, Rosjanki były zdziwione, gdyż w tym czasie zdarzały się przypadki, że szczury odgryzały ludziom nosy i palce. W naszym baraku często nocą harcowały całe stada szczurów, wyjadając jakieś resztki, a nas napełniając przerażeniem.

Na skutek doznanego urazu przy wyrębie lasu zostałam odesłana do Centralnego Szpitala w Wietłosianie koło Uchty. Był to duży obszar podzielony na trzy zony (strefy). W jednej z nich pracowali rekonwalescenci ze szpitala. Była też duża zona mieszkalna – przede wszystkim baraki męskie, bardzo maleńka ogrodzona dla paru baraków zona dla kobiet i bardzo obszerna trzecia zona szpitalna. W tej zonie znajdowało się kilkanaście dużych baraków, w każdym z nich mieścił się jakiś specjalistyczny oddział. Kierownikami poszczególnych oddziałów byli profesorowie lub doświadczeni lekarze, którzy narazili się władzy sowieckiej, bo nie uciekli przed Niemcami, a pozostali w swoich klinikach. Kadrę lekarzy tworzyli też tzw. „wolni” lekarze, mający nakaz przebywania w tym rejonie na tzw. zsyłce. Do tej grupy należał także naczelny lekarz, ogromnie serdeczny dla wszystkich i bardzo życzliwy dla Polaków. Dzięki niemu, a może głównie siostrze przełożonej – Polce – zostałam zatrudniona w laboratorium.

Naczelny lekarz bardzo dbał o wysoki, specjalistyczny poziom szpitala, organizował często naukowe konferencje, na które byli zapraszani lekarze i naukowcy z innych placówek medycznych. Pod wpływem chyba takiej atmosfery „połknęłam bakcyla” i wymarzyłam sobie, że zostanę lekarzem. Będąc świadkiem śmierci kilku pacjentów Polaków, dałam sobie słowo, że zostanę lekarzem.

Mieszkałam we wspomnianej wcześniej zonie dla kobiet i aby przejść do pracy do zony szpitalnej, należało pokonać krótki chodnik, znajdujący się na terenie zony męskiej. Ja i inne kobiety pracujące w szpitalu chodziłyśmy tamtędy codziennie.

Pewnego dnia idąc do pracy do laboratorium, jak zwykle musiałam przejść obok baraku męskiego. Trzeba trafu, że w tym czasie mężczyźni – przestępcy grali w baraku w karty. Grali o życie pierwszej osoby, która przejdzie koło okien. To byłam ja. Wiadomość o tym, że zostałam przegrana w karty dotarła do środowiska medycznego, w którym pracowałam. Dentysta, Ormianin został o tym poinformowany przez jednego z kryminalistów – cieszył się ich zaufaniem, bo korzystali nieraz z jego usług.

O „wyroku” na mnie dowiedział się naczelny lekarz, został także poinformowany naczelnik obozu, który stwierdził, że jest bezsilny wobec prawa przestępców, jest ono tak silne, że wcześniej czy później wyrok dosięga każdego, na kogo padł. Naczelny lekarz nie pozwolił mi wychodzić poza obręb szpitalny, ale to i tak nie gwarantowało bezpieczeństwa.

Choć nie do końca zdawałam sobie sprawę z grożącego mi niebezpieczeństwa, to jednak bardzo się bałam. Polki były bardzo szanowane i cieszyły się dużą sympatią w tamtejszym środowisku szpitalnym. Wiadomość o wyroku na mnie wszystkich bardzo poruszyła, tym bardziej, że wszyscy czuliśmy się bezradni wobec zaistniałej sytuacji. I stał się cud!

Przyjaźniłam się wtedy z uroczą, śliczną dziewczyną – Estonką, nazywała się Made Tikerpu. Made pracowała jako pielęgniarka na oddziale internistycznym i była wręcz ubóstwiana przez pacjentów. Kiedy dowiedziała się o wyroku na mnie, bardzo płakała, rozumiejąc, że grozi mi śmierć. Do jej wielbicieli należał także przywódca przestępców, przebywający wówczas jako pacjent na oddziale. Gdy zobaczył zapłakaną Made, zapytał, co się stało i wówczas ona powiedziała mu o tym, co grozi jej przyjaciółce.

Wkrótce bandzior znikł ze szpitala. Zjawił się po kilku dniach i zwrócił się do Made: „W dowód mojej, wielkiej miłości do ciebie chcę ci dać wielki prezent. Powiedz swojej przyjaciółce, że odtąd może spać spokojnie”. Człowiek ten przez kilka dni „odegrywał” moje życie z każdym przestępcą po kolei, w ten sposób zdobywając prawo do decydowania o moim losie. Wszyscy odetchnęli z ulgą, a ja dziękowałam ukochanej Wileńskiej Matce Boskiej Ostrobramskiej za to niezwykłe ocalenie.

Niedługo po tym wydarzeniu zostałam wywieziona do obozu żeńskiego o srogim reżimie w Workucie, leżącym w kręgu zapolarnym. Tam już nie mieliśmy swoich nazwisk, tylko numery. Poniżano nas na każdym kroku. Szczególnie sadystyczne były konwojentki, które lubowały się w rewizjach. Zabierały przy tych okazjach wszystkie pamiątki czy listy, jeżeli jeszcze komuś udało się je przemycić do obozu.

Także i w Workucie karcer mnie nie ominął. W czasie świąt Bożego Narodzenia zrobiłam z waty świętego Mikołaja. Karcer i zakaz otrzymywania i pisania listów były karą. W tym obozie w pewnym okresie byłam jedyną Polką, wychodziłam więc nieraz z baraku i deklamowałam wiersze, aby mówić po polsku. Szczególnym wierszem był „List do matki z Sybiru” Or-Ota.

W kręgu zapolarnym przez pół roku trwa noc, a przez pozostałe pół roku dzień. W czasie bardzo krótkiego, trwającego kilka tygodni lata kwitną piękne, żółte kwiaty, przypominające róże. Urok jednak tych kwiatów nie przesłonił widoku bezdrzewnej, pełnej trzęsawisk i grozy tundry.

Wykorzystując lato skierowano nas do robót przy budowie drogi, prawdopodobnie kolejowej, która miała połączyć Europę z Azją. Na mapie jest to zielone pasmo nad Uralem. Wśród mokradeł tundry widoczne były kępy traw. Były to głęboko idące pod wodę „słupy” ziemi mające taką zieloną grzywę – bardzo niebezpieczne, bo „słupy” się chwiały, woda je otaczająca była głęboka, więc stawanie na taką kępę było ryzykowaniem życia.

Praca nasza polegała na zasypywaniu takiej wody początkowo żwirem, a potem kamieniami. Gdy można było położyć prymitywne tory, kamienie dowoziłyśmy wagonetkami, a gdy takie nasypy udało się dobrze umocnić, układałyśmy wytrzymalsze tory, na które wjeżdżały ogromne platformy wypełnione kamieniami. Taką platformę musiały rozładować dwie osoby – była to norma dzienna (śni mi się nieraz, że nie mogę sobie z tym poradzić). To była bardzo ciężka praca. Na dodatek towarzyszyły jej ogromnie dokuczliwe komary i chyba jeszcze bardziej dokuczliwe małe muszki, które mimo tzw. „nakomarników” na twarz – przedostawały się pod nie i wgryzały w spojówki oczu, powodując nieraz płynące strużki krwi po twarzy. Droga ta nigdy nie została dokończona – nazwana więc została „Drogą donikąd”.

Zimą w Workucie panowały bardzo duże mrozy. Dochodziły do minus 70 stopni Celsjusza. Czasami w takie zimowe noce oglądałyśmy niepowtarzalne zjawisko, które występuje tylko daleko na północy – jest to zorza polarna. Mimo zmęczenia, zrywałyśmy się z prycz, by podziwiać niesamowite piękno zmieniających się świateł, przybierających nieraz fantastyczne kształty.

Ale występowało tam także i inne, groźne zjawisko, a mianowicie purga! Jest to coś w rodzaju zamieci w straszliwym wydaniu. Początkiem purgi były spadające wolno płatki śniegu, które stawały się coraz większe i osiągały prawie wielkość dłoni. Był to piękny widok. Lecz za chwilę pojawiał się silny, wyjący wiatr, stawał się wciąż coraz silniejszy i silniejszy, do tego stopnia, że nie słyszałyśmy się nawzajem i musiałyśmy mocno trzymać się za ręce, aby utrzymać się na nogach. Bywało, że całe brygady wraz z konwojentami były zasypywane przez śnieg – purgę i dopiero wiosną, gdy śniegi topniały, znajdywano zasypanych ludzi.

Purga powodowała zasypywanie torów, uniemożliwiające transport kolejowy. Wyprowadzano nas wtedy do pracy, do walki z tym żywiołem. Szalejący wiatr powodował, że śnieg wbijał się w nasze buszłaty i tiełogrejki (przenikając aż do ciała), które natychmiast zamarzały. Wyglądałyśmy jak kosmonautki.

Zwały śniegu, naniesione przez atak purgi, sięgały nieraz 6 metrów wysokości. Śnieg był tak mocno zbity, że trzeba było rozbijać go kilofami. Naszym zadaniem było przekopanie takiego tunelu, aby pociąg mógł przejechać. Zaspy były bardzo wysokie, warunki pracy bardzo trudne, dlatego tunele nie były zbyt szerokie. Kiedy przejeżdżał pociąg lub lokomotywa, starałyśmy się przybliżyć jak najbardziej do śnieżnej ściany. Nieraz poprzez wycie wiatru nie słyszałyśmy nadjeżdżającego pociągu i tylko silne światła lokomotywy były sygnałem, aby mieć się na baczności. Niestety, zdarzył się wypadek, kiedy brygadierka naszej grupy została wciągnięta przez pociąg. Zginęła na miejscu.

W końcu 1954 roku zostałam przeniesiona do innego obozu i specjalnego, wydzielonego baraku, w którym grupowano osoby przygotowywane do zwolnienia. Mój wyrok – 10 lat obozu – wkrótce dobiegał końca. Któregoś dnia wywołano mnie do biura i odczytano niezliczoną ilość paragrafów. Następnie dano do podpisania dokument, z którego wynikało, że odtąd będę stałą mieszkanką Workuty i obywatelką Związku Sowieckiego. Nie zgodziłam się podpisać, zagrożono wówczas nowym wyrokiem. Mimo wszystko nie zgodziłam się. Odprowadzono mnie z powrotem do obozu.

Po tygodniu zostałam ponownie wezwana do biura. Znowu położono przede mną dokument do podpisania, ale tym razem był to dokument stwierdzający, że w danym okresie przebywałam na terenie Workuty. Ten czas oczekiwania na decyzję był dla mnie okresem ogromnie trudnym. Wiedziałam o tym, że dodatkowy wyrok można było otrzymać za byle błahostkę. Dodatkowe wyroki wydawano bardzo często. Miałam więc przed sobą okrutne wizje, przeżyłam to strasznie i być może dlatego moment cofnięcia mnie do obozu nieraz pojawia się w moich snach.

Kiedy więc wreszcie otworzyła się przede mną brama i wyszłam na długo oczekiwaną wolność – byłam szczęśliwa! Przestałam być więźniem – ale byłam zesłańcem! Za bramą oczekiwała na mnie jedna z moich serdecznych koleżanek - Janeczka Zuba. Zamieszkałam w polskiej rodzinie P.P. Jackiewiczów. Niedługo potem znalazłam pracę w laboratorium przy jednej z kopalń. Udało mi się także otrzymać mały pokoik. Ktoś podarował mi tapczan, na którym spałyśmy we cztery: Janka, Wanda, Hala i ja. Ale było nam tam dobrze. Nawet kiedyś – w Niedzielę Palmową – ksiądz Drzepecki odprawił tam mszę świętą.

Nie wytrzymując stanu beznadziejności, jeżeli chodzi o powrót do Polski – któregoś dnia zaryzykowałam i poszłam do Urzędu NKGB w Workucie. Tam powiedziałam, że wiem, iż na mocy specjalnego polsko-sowieckiego porozumienia Polacy mogą wracać do Kraju. Wymyśliłam to na podstawie informacji, że grupa Niemek z obozu została odesłana do Niemiec. Komisarz z urzędu nieco się zdziwił, ale powiedział, abym zjawiła się za tydzień i wówczas wszystko mi wyjaśni.

Tydzień później – zaopatrzona w bieliznę na zmianę, chleb, kanapki – odprowadzona przez załzawione koleżanki, spodziewające się najgorszego – ruszyłam do gmachu NKGB. Usłyszałam, że istotnie jest możliwość powrotu do Polski, trzeba tylko nawiązać kontakt z rodziną, otrzymać od niej zaproszenie i zapewnienie, że jest w stanie utrzymać „repatrianta”.

Po powrocie do koleżanek powtórzyłam dobre wieści. Oczywiście od razu starałyśmy się nawiązać kontakt z rodzinami. Poprosiłam kolegów, którzy już wcześniej mieli kontakt z najbliższymi, aby przekazali moją ogromną prośbę o zamieszczenie w prasie w Polsce ogłoszenia, że żyję i oczekuję na kontakt z rodziną. Moja mama, szukając wszędzie informacji o moim losie, otrzymała wiadomość z Czerwonego Krzyża, że ja nie żyję. Ale serce matki nie pozwoliło uwierzyć jej w tę smutną wiadomość. Na Wybrzeżu, w Gdańsku, szczęśliwym trafem mama odczytała w prasie moje ogłoszenie. Nawiązała więc szybko kontakt z rodziną, która dała to ogłoszenie, a potem ze mną. Musiała załatwić mnóstwo formalności, setki papierów, które po jakimś czasie dotarły do mnie i które złożyłam w NKGB. Ale minęło jeszcze długich 9 miesięcy, zanim przyszło zawiadomienie o wydaniu pozwolenia na mój wyjazd do Polski. Po paszport trzeba było polecieć samolotem do Syktywkaru – stolicy Republiki Komi (w tej republice znajduje się Workuta), gdyż ze względu na rozlewiska tundry, nie było tam innych dróg dojazdowych.

Wracałam do Polski pociągiem przez Moskwę. Był to czerwiec 1955 roku. Kiedy dojechaliśmy do granicy w Terespolu i zobaczyłam słup biało-czerwony i przy nim żołnierza w polskim mundurze, zaczęłam strasznie płakać. Były to chyba wszystkie łzy, tłumione przez jedenaście lat. A już wydawało mi się, że nie jestem zdolna do płaczu. Tymczasem szlochałam straszliwie, nie mogąc z siebie wydobyć słowa. Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji i wszedł celnik, pytając o paszporty, widząc, że coś się ze mną dzieje, chyba nawet nie poprosił mnie o paszport. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy dojadę, czy to prawda, że jestem już w Kraju.

Spotkanie z rodziną było niesamowite. Moja mama w pierwszym momencie mnie nie poznała. Dopiero gdy zawołałam „mamusiu” – wtedy mnie poznała i wyciągnęła ramiona – najmilsze, najukochańsze, najdroższe na świecie, w które wtuliłam się jak małe dziecko. Płakałyśmy obie. Ileż musiało przeżyć jej biedne serce, o tym chyba świadczyła Jej mocno posiwiała głowa. Dowiedziałam się, że Tato zmarł w rok po moim aresztowaniu.

Zamieszkałam w Gdańsku. Dzięki temu, że była polityczna odwilż po zdaniu egzaminu z chemii i fizyki dostałam się na studia. Nie mogę opisać, jaka byłam szczęśliwa. W gronie koleżanek i kolegów, mimo, że byłam od nich starsza, czułam się cudownie. Studia ukończyłam z bardzo dobrymi wynikami. Byłam dumna,  bo dotrzymałam danego sobie słowa, że zostanę lekarzem.

W 1959 roku wyszłam za mąż za wspaniałego człowieka inż. Leona Jana Powolnego – już niestety nie żyjącego. Mam dwoje dzieci: syna Janusza – absolwenta Wyższej Szkoły Muzycznej – dyrygenta (również po lingwistyce angielskiej) i córkę Renatkę po germanistyce. Zrobiłam dwa stopnie specjalizacji z analityki lekarskiej i w latach siedemdziesiątych obroniłam pracę doktorską. Oprócz pracy lekarskiej, która mnie pochłaniała, nawiązałam kontakty z wieloma Łagiernikami – współtowarzyszami niedoli w więzieniach i obozach, skazanych tak jak i ja za walkę o Wolną i Niepodległą Polskę w szeregach Armii Krajowej.

W latach 2002-2011 byłam prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej, a obecnie jestem Prezes Honorową naszej organizacji kombatanckiej. W ramach działalności naszego Stowarzyszenia poza opieką nad członkami naszego Stowarzyszenia, organizacją szeregu zjazdów, uroczystości patriotycznych zadbaliśmy także o trwałe ślady pamięci o żołnierzach AK – Łagiernikach w formie pamiątkowych tablic, opieki nad miejscami pamięci. Jednymi z nich są na terenie Warszawy : tablica Pamięci Łagierników w Parafii Wojskowo-Cywilnej pw. Matki Bożej Ostrobramskiej na Bemowie (odsłonięta w 2006 r. w trakcie XXII Zjazdu Łagierników Żołnierzy AK) oraz kapliczka Matki Boskiej na Pradze przy ul. Czynszowej 4, zbudowana przez członka naszego Stowarzyszenia w 1960 r., do której także w 2006 r. ufundowaliśmy tabliczkę. Oddaje ona treść podziękowań Matce Boskiej za opiekę nad nami, jaką my, kombatanci kierowaliśmy po naszym ocaleniu :

Najświętszej Marii Pannie wdzięczny za ocalenie, opiekę i pomoc w przetrwaniu ciężkiego więzienia i obozów na dalekiej Syberii oraz szczęśliwy powrót do Ojczyzny ten skromny dowód wdzięczności serca zbudował i o szacunek tego miejsca prosi Marian Dąbrowski, łagiernik 1960 r.

Dowodem na docenienie naszej działalności kombatanckiej oraz tragicznych losów w ZSRR, jakie dane nam było przeżyć było odznaczenie sztandaru naszego Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK w 2006 r. medalem „Pro Memoria” przez Kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Wiele lat byłam także redaktorem „Kwartalnika” Stowarzyszenia, w którym staramy się uchronić od zapomnienia ostatnie wydarzenia historyczne i losy ludzi, którzy swoją młodość i zdrowie, a nieraz i życie poświęcili Wielkiej Sprawie. Ich wspomnienia są nieraz wstrząsającą prawdą o tym, jak okrutnym może być człowiek dla drugiego człowieka.  

Urodziłam się 17 marca 1930 roku w Kolonii Wileńskiej, w domu przy ul. Wędrownej 22, zbudowanym przez dziadka, Stanisława Kowalewskiego. Dziadek pracował na kolei. Powołany przez władze carskie do wojska spędził wiele lat w Rosji. Na szczęście z rodziną: żoną i czworgiem dzieci. Wspominając tamte czasy, dziadkowie najczęściej wymieniali dwa miasta: Barnauł i Tambow. Ciepło, z sympatią mówili o poznanych tam ludziach. Do Wilna wrócili z najmłodszym synem, Karolem. Najstarszy - Stanisław, zamieszkał w Rostowie nad Donem (ożenił się, ma dwóch synów: Roberta i Wiktora). Dwaj średni synowie dziadków zginęli, prawdopodobnie w czasie rewolucji. Dziadek nigdy nie tracił nadziei, że powrócą.

Stopniowo życie rodziny stabilizowało się. Jako kolejarz i członek Towarzystwa Wileńskiej Kolonii Kolejowej mógł dziadek kupić (na korzystnych warunkach) działkę budowlaną. Po wpłaceniu odpowiedniej kwoty otrzymał dwie parcele, z numerami 127 i 128, przy ulicy Wodnej i przy Wędrownej 22. Najpierw zbudował niewielką szopę, gdzie gromadził materiały budowlane. (Do tej pory stoi szopa, choć minęło przeszło siedemdziesiąt lat. A dom z działką ma jeszcze żyjących w Polsce prawowitych właścicieli). Potem powstał dom... Był to dom moich rodziców: Karola Kowalewskiego i Michaliny z Piekarskich, która w posagu wniosła spory majątek, a przede wszystkim nieprzeciętną urodę, dobroć i pogodę ducha. To dzięki posagowi mamy obszerny dom zbudowany został dość szybko. Ich pierwsze dziecko (synek) urodziło się w nowym, choć jeszcze niewykończonym, nieogrzewanym domu. Niestety, wkrótce zmarło. Potem na świat przyszłam ja, po roku moja siostra Halinka, a w 1933 roku brat Witold.

Rodzice stworzyli swej trójce szczęśliwe dzieciństwo. Budziliśmy się rano wiedząc, że czeka na nas ciepłe mleko lub kakao i że powita nas uśmiechnięta mama. Miała wspaniałe poczucie humoru i lubiła żartować. Tatuś, wracając z pracy, zwykle przynosił nam jakieś smakołyki, najczęściej chałwę i obwarzanki. Czekaliśmy na niego z obiadem - niekiedy z niecierpliwością, gdy akurat mama ugotowała coś ulubionego.(...)

Społeczność Kolonii była dobrze zorganizowana i bardzo zżyta. Z okazji polskich rocznic przygotowywano wspólne przedstawienia i koncerty. Moi Rodzice również brali udział w tych uroczystościach. Pamiętam ich „wypady” na wieczorne próby do „Rządówki” - miejsca spotkań mieszkańców osiedla. Tatuś pięknie i chętnie śpiewał i grał na mandolinie. Znał mnóstwo piosenek: od popularnych po patriotyczne. Mama uczyła się swoich ról nawet przy różnych zajęciach domowych. Przeuroczo wyglądała w ludowym stroju.

* * *

Dom był oazą, schronieniem przed niebezpieczeństwami; wychowywaliśmy się w naprawdę cieplarnianej atmosferze. Ale chyba w równym stopniu, choć w zupełnie inny sposób oddziaływała na nas szkoła. Tu z kolei hartowaliśmy się, nabieraliśmy odwagi, cierpliwości, umiejętności znoszenia trudów. Mieliśmy oddanych, wspaniałych nauczycieli, którzy wraz z zakonnicami i księżmi walczyli o naszą polską godność narodową, o podnoszenie ducha patriotyzmu wśród młodzieży, wspierało ich harcerstwo, kształtując postawy młodych Polaków zgodnie z zasadą „Bóg - Honor - Ojczyzna”.(...)

Naukę rozpoczęłam w 1937 roku. Od 1939 roku nad naszą trójką rodzeństwa opiekuńcze skrzydła roztoczyli również najbliżsi sąsiedzi: nauczyciele pp. Gustaw i Leontyna Malawkowie, pp. Żyndowie (p. Żynda był dyrektorem Księgarni św. Wojciecha w Wilnie, a po wojnie Księgarni św. Wojciecha w Poznaniu), ksiądz proboszcz Lucjan Pereświet-Sołtan, ksiądz Jeleński, siostra zakonna Emelda i - pod pretekstem pomocy w odrabianiu lekcji - druhna „Pola”, dobra znajoma moich rodziców.

We wrześniu 1943 r. p. Malawko włączył mnie do kompletu tajnego nauczania. Nauka odbywała się w mieszkaniach nauczycieli i uczniów: u pp. Malawków, pp. Piegutowskich w Kolonii Dolnej, pp. Rzewuskich i u sióstr zakonnych w pobliskich Rekanciszkach.

W 1942 r. ,,Pola” zaczyna tworzyć nowe zastępy w harcerstwie. Zostałam przyjęta do zastępu „Iskry” (nazwa od harcerskiej piosenki „Już z ogniska iskra pryska”), prowadzonego przez „Nike” - Weronikę Gojżewską. Uszyłyśmy z siostrą sukienki z szarego płótna, przypominające mundurki harcerskie. Uczyłyśmy się zasad łączności i udzielania pierwszej pomocy. Po złożeniu Przyrzeczenia Harcerskiego w leśniczówce pod Wilnem zdobywałyśmy kolejne sprawności, uczyłyśmy się alfabetu Morse’a; wiosną 1944 r. szyłyśmy biało-czerwone opaski i przygotowywałyśmy z płótna i prześcieradeł bandaże. Działając nielegalnie, posługiwałyśmy się pseudonimami. Miałam pseudonim „Żuczek”, a od nazwy zastępu - „Iskierka”.

W lipcu 1944 roku, w czasie walk o Wilno, starsze koleżanki opiekowały się rannymi z 3 Brygady Armii Krajowej „Szczerbca”. Największy szpital i punkt kontaktowy mieścił się w domu państwa Szczepańskich przy ul. Wędrownej oraz w szkole, niedaleko naszego domu. Nam, młodszym harcerkom, powierzono wykonywanie prac pomocniczych, takich jak szycie i pranie bandaży, przynoszenie żywności i przekazywanie wiadomości.

Pomoc żołnierzom akowcom nieśli prawie wszyscy mieszkańcy Kolonii i okolic. Mój Tatuś pracował na kolei. W czasie okupacji niemieckiej był zatrudniony w magazynie. W 1943 r. dla partyzantów Armii Krajowej, wraz z innymi kolejarzami przetoczył na boczny tor wagon broni. Wkrótce został aresztowany przez Gestapo. Po torturach w więzieniu nigdy już nie odzyskał pełni sił. Po zwolnieniu z więzienia, mimo wycieńczenia, podjął przerwaną działalność. Kontaktował się z akowcami, przekazywał wiadomości rodzinom od ich synów - żołnierzy AK, z którymi siedział w więzieniu. Razem z moim bratem Witoldem pomagał grzebać poległych żołnierzy. Robili trumny i krzyże, mimo że zajmował się tym zawodowy stolarz, pan Bogdziewicz z synem Edwardem. Pierwszy olbrzymi, drewniany krzyż wykonał Tatuś na prośbę zrozpaczonej sąsiadki, pani Michałowiczowej. Jej jedyny syn Stanisław, 23-letni student medycyny Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie poległ w ataku na Belmont. Pochowaliśmy Staszka za plebanią, przy leśnej drodze. Innym poległym akowcom przygotowano miejsce wiecznego spoczynku nieco dalej, ale też nieopodal plebanii. Z czasem mieszkańcy Kolonii zaczęli tam chować swoich bliskich. Powstał cmentarz.(...)

Po zajęciu Wilna przez Armię Czerwoną (1944 rok) „Nika” nadal prowadzi konspiracyjną pracę instruktorską. W tym czasie organizowałyśmy zbiórki wspólnie z zastępem chłopców, dla bezpieczeństwa często zmieniając miejsce spotkań. Początkowo było to mieszkanie naszej koleżanki Grażyny, przy ulicy Dominikańskiej. Ojciec Grażyny był nauczycielem muzyki w Szkole Muzycznej przy ul. Wielkiej, co w pewnym stopniu odsuwało wszelkie podejrzenia (podobnie spotkania na plebanii i u sióstr zakonnych). Później zbieraliśmy się w terenie, w leśniczówkach, w domu moich rodziców, w Trokach, Jerozolimce, Kalwarii.

W roku 1945 rozpoczęłam naukę w V Polskim Gimnazjum w Wilnie, przy ul. Ostrobramskiej. W 1947 r. połączono je z III Gimnazjum Męskim i przeniesiono na ulicę Antokolską. W 1950 r. moja klasa skończyła tu edukację. Otrzymaliśmy świadectwa dojrzałości i mieliśmy odtąd iść własnymi drogami. Okazało się, że łączy nas silna więź emocjonalna. Na balu maturalnym obiecaliśmy sobie, że co roku w ostatnią sobotę czerwca będziemy się spotykać na Placu Katedralnym, koło dzwonnicy o godzinie szesnastej czasu miejscowego. Obietnicy dotrzymaliśmy. W 2000 roku świętowaliśmy pięćdziesięciolecie naszych spotkań. Ich „duszą” i niestrudzonym organizatorem jest Janek Pakalnis, wspomagany przez innych, pozostających w Wilnie absolwentów naszej klasy. Między innymi są to Gienka Pietrusewicz, Zbyszek Rymarczyk, Olgierd Korzeniecki. Zawsze wtedy powraca wspomnienie Dnia Zadusznego 1947 roku.

Dla wychowanków naszego gimnazjum Dzień Pamięci o Zmarłych stał się dniem pamięci narodowej i przyniósł dramatyczne następstwa. Tego dnia harcerze i niezrzeszeni uczniowie wyruszyli na cmentarze w Kolonii Wileńskiej i na Rossie, by złożyć symboliczne wiązanki i zapalić świece na grobach żołnierzy AK. Do krzyży przytwierdziliśmy biało-czerwone proporczyki. Zapłonęły lampki i spoczęły kwiaty na płycie grobu „Matka i serce Syna”. Hołd Marszałkowi wyraziliśmy zostawiając uroczyście przyniesioną żałobną szarfę z napisem „Ukochanemu Dziadkowi - młodzież V Polskiego Gimnazjum”. W kilka dni później NKWD aresztowało wielu uczniów, m. in. druhny Giesię Wołkowską i Jankę Worobiejównę z harcerskich zastępów konspiracyjnych. Śledztwo przeciągało się. Codziennie przychodziliśmy do szkoły z obawą, że znów kogoś spośród nas zabraknie. Ja także trafiłam na ulicę Ofiarną. Przesłuchiwał mnie enkawudzista, posługujący się - jak sobie przypominam - nazwiskiem Konaczyński. Nie przyznałam się do udziału w uroczystościach i przynależności do organizacji. Nie miałam jeszcze osiemnastu lat i na razie udało mi się uniknąć aresztowania. Do więzienia trafiła również, choć nieco później, bo w roku 1949, nasza drużynowa „Nika”. (...)

Wojna się skończyła, ale życie nie powracało na swe dawne tory. Narastał - używając słów K. K. Baczyńskiego - „mroczny czas”. Mieszkańcom Wilna towarzyszyło uczucie niepokoju i niepewności jutra. Trwała intensywna repatriacja Polaków. Coraz częściej żegnaliśmy także druhny, opuszczające na zawsze ukochane miasto. Upamiętniałyśmy ostatnie razem spędzone chwile na pożegnalnych zdjęciach. Z Kolonii Wileńskiej wyjechała druhna Halina Dyakowska „Wojtek”. Przyrzekłam, że będę odwiedzać jej Rodziców.

Staramy się, by, mimo wszystko, nie załamała się praca konspiracyjna ZHP: przyjmujemy do zastępów nowe koleżanki, zacieśniamy współpracę z zastępem chłopców z równoległej klasy V Gimnazjum.

Nasze zadania są teraz trudniejsze i związane z większym ryzykiem. Wszystko, cokolwiek można zrobić dla prześladowanych przez NKWD żołnierzy AK, ma naprawdę duże znaczenie. Wielu akowców aresztowano i osadzono w więzieniach na Łukiszkach i na Ofiarnej. Transporty, wiozące ich na zesłanie, godzinami stały na stacji. Do zastępu dziewcząt należało nawiązywanie łączności z wywożonymi, przekazywanie paczek i wiadomości. Mieszkańcy Kolonii z narażeniem siebie i rodzin ratowali chłopców z AK. U pp. Dyakowskich, rodziców druhny Haliny, ukrywał się uciekinier z łagrów, żołnierz AK, Marian Michniewicz i wielu innych. U pp. Malawków, naszych najbliższych sąsiadów, znalazł schronienie akowiec ze Lwowa (nazywaliśmy go „Tajoj”).(...)

Powierzono mi zadanie: zorganizowanie przerzutu Mariana do Grodna, do wskazanego punktu kontaktowego. Zadanie wykonałam. Okazało się, że mnie śledzono...

* * *

W roku 1950, po zdaniu matury zamierzałam studiować filologię polską, ale na Uniwersytecie Wileńskim nie było już wówczas tego kierunku. Dostałam skierowanie na Uniwersytet Moskiewski. Na polonistykę wybierała się także Teresa Skupiówna, nasza szkolna poetka. Egzamin wstępny zdawałyśmy indywidualnie. Zdałyśmy i zostałyśmy przyjęte na pierwszy rok studiów. Nowość, ciekawość, bogactwo wrażeń i planów na krótki czas wyzwoliły nas z obaw i wątpliwości. Toteż trochę mnie dziwiło, że rodzice nie w pełni podzielali moją radość. Sprawiali nawet wrażenie przygnębionych. Było to zrozumiałe: nigdy dotąd nie rozstawaliśmy się na tak długo, nigdy nie odjeżdżałam tak daleko. Tatuś nie mógł pogodzić się z tym, że będę wśród obcych. Nie cierpiał Sowietów, nie ufał im. Pamiętał, że przed wojną wysyłali do polskich fabryk „szpicli”, którzy buntowali robotników. Nie mógł wybaczyć ludziom, którzy uwierzyli „czerwonej zarazie”. A teraz jego ukochana córeczka, Stasieńka, wyjeżdża na studia do Moskwy.

Po uroczystym rozpoczęciu roku akademickiego z „Gaudeamus” (wszyscy musieli nauczyć się na pamięć) zaczęła się studencka codzienność: wykłady, zajęcia w bibliotece, zaliczenia, egzaminy. Grupą Polaków z Wilna opiekował się student prawa Tolek Łukianow ze Smoleńska. W wolnym od zajęć czasie poznajemy Moskwę i jej place, zabytki, muzea, metro. Dużo czasu spędzamy w Galerii Tretiakowskiej. Zimą jeździmy na łyżwach i nartach, dyskutujemy, spotykamy się z Polakami z Polski.

Mieszkam w akademiku na Stromynce, w jednym pokoju z Teresą Skupiówną. W lutym 1951 r. Teresa została aresztowana przez NKWD i skazana na pięć lat.(...)

Zostały w akademiku, w naszym pokoju wiersze Teresy. Czytałam je w wolnych chwilach. Były rodzajem duchowej więzi z przyjaciółką, z której aresztowaniem nie mogłam się pogodzić. Cały mój świat rozpadł się - teraz dopiero słowa Tatusia o Sowietach docierały do mnie w całej swej prawdzie. Mijały miesiące. Ciepły powiew wiatru rozpraszał niepokój. Wiosenne słońce grzało coraz mocniej. Egzaminy i zaliczenia zmuszały do wytężonej pracy. 12 kwietnia, w czasie przerwy między wykładami, spacerowałam alejkami przed gmachem uniwersytetu na Machawoj. Kiedy podszedł do mnie jakiś student i upewnił się, że nazywam się Kowalewska, wiedziałam, że podzielę los Teni. Nie pomyliłam się... Samochodem „czornyj woron” przewieziono mnie do więzienia na Łubiance, słynnego ze swych trudnych do wytrzymania warunków.

Na przesłuchania byłam wzywana przeważnie nocą. Wszystkie więźniarki musiały chodzić z rękami założonymi do tyłu: na przesłuchania, do umywalni i na spacer. W ciągu dnia nie wolno było leżeć. Raz dziennie wyprowadzano nas na spacer na podwórko, przypominające głęboką studnię. Szłyśmy „gęsiego”, nie widząc nic poza skrawkiem nieba. Lubiłyśmy jednak te przechadzki. Stanowiły odmianę, pozwalały odetchnąć świeżym powietrzem, poczuć dotyk wiatru, deszczu, promienia słonecznego, zobaczyć współwięźniarki.

Wyrokiem z dnia 11 sierpnia 1951 roku, po czterech miesiącach od chwili aresztowania, zostałam skazana na osiem lat pozbawienia wolności. Oskarżono mnie z artykułu 58-10 i 58-11 o przynależność do nielegalnej antyradzieckiej („nacjonalisticzeskoj”) organizacji i działalność agitacyjną. Podczas rewizji w akademiku znaleziono pisane przeze mnie wiersze patriotyczne. Czyż trzeba było lepszych dowodów mojej antyradzieckiej postawy?

Po wyroku zostałam przeniesiona do więzienia na Butyrkach. Moja towarzyszka z celi, Irena Miszkinis była nauczycielką języka francuskiego w jednej z moskiewskich szkół. Zaprzyjaźniłyśmy się niemal od razu. Miałam świetną sposobność poznania języka francuskiego. Oprócz nas w celi przebywały jeszcze dwie Rosjanki. Przeniesiona do większej celi, znalazłam się wśród nieco starszych więźniarek (mieszkanek Moskwy), które otoczyły mnie troskliwą opieką.(...)

Po kilku miesiącach wywołano z cel dość dużo kobiet, nakazując im zebrać się z rzeczami na więziennym podwórku. Oznaczało to przeniesienie do innego więzienia albo łagru. Mnie przypadła w udziale wywózka w głąb Rosji, do Tajszetu.

Droga na jeden z moskiewskich dworców była długa, wyczerpanym więźniarkom ciążyły ich niewielkie tobołki. Ja byłam wciąż bardzo osłabiona. Ciągle mdlałam. Pomagały mi starsze kobiety, gdyż niemożliwością było zwolnienie kroku lub zatrzymanie się. Szłyśmy pod konwojem. Uprzedzano nas, że krok w prawo czy krok w lewo, a będą strzelać bez ostrzeżenia. Popędzano nas nieustannie. To wiercące w mózgu „...dawaj, dawaj, skariej!” upodlało, było wyrazem gwałtu i przemocy. Podobnie ładowanie (celowo używam tego słowa) do wagonów, w których przedziały od korytarza oddzielała krata, a za nią przechadzał się tam i z powrotem wartownik z bronią. Dano nam na drogę kawałek chleba i suszoną, słoną rybę. O łyk wody trzeba było błagać żołdaka, a pragnienie miało wymiar tortur. Ale szczyt, a raczej dno upokorzenia - to konieczność załatwiania potrzeb fizjologicznych przy stojącym obok żołnierzu. Poniewierano naszą godność i nic nie mogłyśmy zrobić. Trzeba było siły, aby to wszystko przetrwać. (...)

Pierwszy etap „podróży” minął dość szybko. Zatrzymaliśmy się w mieście Gorki. Umieszczono nas w zapluskwionych barakach, w niesamowitej ciasnocie. To był kolejny wstrząs. Jednak o wiele większy wywołało pierwsze zetknięcie z kryminalistkami. Budziły w nas strach, wręcz przerażenie. Władze łagru wyznaczyły mnie i kilka Ukrainek do podawania mężczyznom posiłków i mycia aluminiowych misek. Stare więźniarki ostrzegały, żeby nie stać naprzeciwko okienek w drzwiach. Można było zostać oblaną zupą, którą niezadowoleni więźniowie wylewali na dyżurne. Mnie ze strony więźniów nie spotkała żadna nieprzyjemność. Przeciwnie, byli w tej grupie mężczyźni Polacy, którzy bardzo chętnie ze mną rozmawiali.(...)

Nie da się jednak przewidzieć wszystkiego. Przytrafiło mi się coś gorszego niż oblanie zupą. Myłam miski po posiłku. Jedna z Ukrainek przyniosła wiadro wrzątku, potrzebnego do zmywania, choć o to nie prosiłam. Cały ten war wylała mi na ręce, gdy wynurzałam je z kotła, w którym zmywałam. To nie był przypadek. Nie lubiła Polek, zazdrościła mi, że zyskałam życzliwość więźniów, nie mogła mi darować łatwości nawiązywania kontaktów. Ludzie byli różni: silni i słabsi psychicznie, szlachetni i zawistni, pokorni i zbuntowani, a okrutne warunki więzienne często wydobywały z nich gorsze cechy. Bywało też odwrotnie. Oparzenie wywołało potworny ból, pojawiły się pęcherze i obrzęki. Nie było leków ani przeciwbólowych, ani leczących rany.(...)

Wkrótce potem znów kazano nam szykować się do drogi - zaczynał się następny etap „podróży”. Mijaliśmy uralskie krajobrazy, chłonąc majestatyczne piękno gór i zapominając na kilka chwil o swym położeniu. Po kilku tygodniach dotarliśmy na Syberię, do łagru 121 w Tajszecie. Od tego momentu miejsce naszego bytowania wyznaczały zasieki z drutu kolczastego i rozmieszczone wzdłuż nich „bocianie gniazda” dla strażników - czujnych i w każdej chwili gotowych do strzału.

Ponieważ wciąż gorączkowałam i nękały mnie bóle, pracowałam na terenie obozu. Zatrudniono mnie w biurze. Było mi lżej niż innym, więc oczywiste, że stało się to źródłem zawiści i pomówień ze strony niektórych łagierniczek. Wróciłam do hali fabrycznej, by wraz z innymi więźniarkami rozłupywać bryłki miki na cienkie płytki. W powietrzu unosił się pył, który osiadał na twarzy, włosach, rękach i ubraniu, wdzierał się do oczu i płuc. Do tej pory często choruję na zapalenie oskrzeli, płuc, nieżyty górnych dróg oddechowych oraz przewlekłe zmiany skórne, trudne do zdiagnozowania dla specjalistów dermatologii.

Nadeszła syberyjska zima, śnieżna i mroźna. Temperatura powietrza dochodziła do 30 - 40 stopni mrozu. Nie miałam ciepłej odzieży, bo aresztowano mnie wiosną. Nie uniknęłam zapalenia płuc i oskrzeli. Przez całe noce męczył mnie potworny kaszel. Współwięźniarki, podejrzewając, że to gruźlica, odsunęły się ode mnie, by się nie zarazić. Gdyby nie pomoc Marysi Skrendo, przebywającej w łagrze od 1945 r. nie przeżyłabym tej zimy. Ofiarowała mi kołdrę, abym mogła się wygrzać i dzięki temu pozbyłam się swej męczącej choroby.(...)

Więźniowie w obozach nie wytrzymują upodlenia i nieludzkiej pracy. Wybuchają bunty, które nasilają się po śmierci Stalina i zmuszają władze łagru do podjęcia działań. Pod koniec lata na jednym z apeli wyczytano nazwiska więźniarek, wytypowanych do opuszczenia Tajszetu.(...)

Zaczynał się nowy „etap” - wędrówka przez tajgę z węzełkiem na plecach, ciężkim, gdy się weźmie pod uwagę nasze wycieńczenie. Zmęczone codziennym marszem, zatrzymałyśmy się w łagrze, niedawno opuszczonym przez innych więźniów. Po kilku dniach dotarliśmy wreszcie do jakiegoś przystanku kolejowego, gdzie załadowano nas do pociągu i zawieziono do Poćmy - wielohektarowego gospodarstwa łagrowego. Zbierałyśmy tam warzywa i korzystałyśmy z okazji, by urozmaicić nasz nędzny „jadłospis”. Wytarta o trawę marchewka smakowała nam niczym najbardziej wyszukane danie. Próbowałyśmy też przemycić trochę tych rarytasów do baraku i czasem się udawało, pomimo codziennej rewizji przy bramie obozowej. W dalszym ciągu miałyśmy na plecach numery, przyszyte do „buszłatów” - wierzchniej odzieży, ale czułyśmy, że teraz jesteśmy bliżej wolności.

Odzyskałam ją jesienią 1954 roku dzięki usilnym staraniom rodziców. Oprócz mnie „sanatorium” (jak przez wiele lat nazywano w Polsce obozy sowieckie) opuściło kilka innych osób: kobiet i mężczyzn. Na stację szliśmy piechotą, ścieżką przy torach. I znów przeżyłam chwile grozy: kryminaliści wszczęli bójkę (prawdopodobnie o kobiety), jeden z nich wyciągnął nóż. Zaczęliśmy biec. Zziajani wbiegliśmy na stację. Tu poczuliśmy się bezpieczni, bo wokół byli ludzie.

Wspólna podróż skończyła się w Moskwie, skąd już bez towarzystwa i bez przygód dojechałam do Wilna.(…)

Po oswojeniu się z wolnością zaczęłam myśleć o kontynuowaniu studiów. W Moskwie na Uniwersytecie Łomonosowa uzyskałam zapewnienie, że mogę bez przeszkód wrócić na uczelnię. Mam prawie rok na wykurowanie się po łagrze. Upajam się wolnością, co oznacza intensywność życia. Spotykam się z koleżankami i kolegami, krewnymi i znajomymi. To był cudowny okres: spotkania w kawiarenkach i restauracjach, spacery po dobrze znanych wileńskich ulicach, odwiedzanie znajomych i niekończące się rozmowy, dyskusje, wspomnienia... Byłam bardzo szczęśliwa. (...)

Pani Stanisława Kawecka przyszła zaprosić „panią nauczycielkę” na rodzinne przyjęcie z okazji przyjazdu brata. Po kilku minutach szłyśmy do domu pani Staszki przez ogród pełen kwiatów. Opowiadała mi o losach swojej rodziny, o bracie, który teraz jest gościem, a ja słuchałam z ogromnym zainteresowaniem. Wiktor Kociełowicz był żołnierzem 3. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej „Szczerbca”. Aresztowany w Wilnie przez NKWD spędził dziesięć lat na północy Rosji, w łagrze. W 1954 roku wszyscy żołnierze AK, którzy byli sądzeni i skazani na dziesięcioletni pobyt w łagrze, zostali „zwolnieni”. Czekało ich zesłanie, bez prawa wyjazdu. Jeśli ktoś miał jakiś zawód, mógł liczyć na znośne warunki; innym pozostawała podła praca i liche zarobki.

Wiktor znajdował się, na szczęście, w tym lepszym położeniu: był technikiem dentystycznym i w tym charakterze przepracował ostatnie kilka lat łagru. Napisał więc do Ministerstwa Zdrowia w Moskwie podanie o pracę, odpowiadającą jego kwalifikacjom. Spośród piętnastu miejscowości mających wakat wybrał miasto najbardziej wysunięte na południe. Wszystkie rzeczy zapakował do paczek i wysłał pocztą, a sam po kryjomu wyjechał do Wilna. Wiedział, czym to grozi (25 lat łagru bez żadnego sądu), zaryzykował jednak - bardzo chciał zobaczyć matkę i siostry, miał też nadzieję, że znajdzie Polkę, która zechce wyjść za niego za mąż i pojedzie z nim w te odległe strony...

Zbliżaliśmy się do domu pani Stanisławy. Na progu stał młody, przystojny mężczyzna. Serce zaczęło mi bić gwałtowniej... Jeżeli istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, to mogę mówić o takim uczuciu. Już w tamtej chwili wiedziałam, że los przeznaczył mi go na towarzysza życia, toteż kiedy, odprowadzając mnie wieczorem do domu, oświadczył się po kilku godzinach znajomości, wyraziłam zgodę. Bez namysłu. Bo i inne uczucia towarzyszyły temu najgorętszemu: podziw dla jego odwagi, a także przeświadczenie, że spełniam obowiązek Polki i harcerki wobec akowca-łagiernika. Nie przerażało mnie zesłanie, nie zastanawiałam się, czym będzie moja decyzja dla rodziców. Jeszcze przecież nie minął rok od mojego powrotu z Syberii, a już zamierzałam ich opuścić, tym razem dobrowolnie. Jedynym warunkiem, jaki postawiłam, był ślub kościelny.

Następnego dnia pojechaliśmy razem do Kolonii Wileńskiej. Musiałam uzyskać zgodę i błogosławieństwo rodziców. Kiedy powiedzieliśmy im, że chcemy się pobrać i wyjechać na zesłanie, bo Wiktor nie może tu zostać, przeżyli szok. Przez kilka godzin nie byli zdolni do jakiejkolwiek rozmowy. Świadomość, że może już nigdy nie zobaczą córki, była dla nich zbyt bolesna. Ich twarzy, wyrażających bezgraniczny smutek, rozpacz, nie zaciera upływ czasu. Czułam to niewypowiedziane pytanie: dlaczego? Czułam się, jakbym skrzywdziła tych dwoje najukochańszych ludzi - jakbym nie dość ich kochała, skoro odchodzę z prawie nieznanym mężczyzną tak daleko i być może na zawsze. Po latach widzę tę scenę wyraźnie, jak gdyby zdarzyła się przed chwilą.

Tymczasem trzeba było natychmiast zacząć załatwianie niezbędnych formalności, związanych ze ślubem. Pierwsza przeszkoda: Wiktor nie miał żadnych dokumentów. Przejrzenie wszystkich „papierów” w domu przyniosło dobry rezultat. Znaleziono metrykę urodzenia. Druga przeszkoda: ksiądz nie mógł udzielić ślubu bez zapowiedzi, a dwutygodniowy pobyt w Wilnie niósł dla Wiktora zbyt wiele zagrożeń. Siostra Wiktora zwróciła się o pomoc do księdza Hoppe, który przed kilkoma laty był proboszczem w Kalwarii i dobrze znał swoich parafian. Dał polecający list do biskupa z prośbą o udzielenie nam dyspensy. Bez jakichkolwiek trudności otrzymaliśmy zgodę na ślub i błogosławieństwo. Było to jedno z tych chwil, które pozostawiają niezatarte wrażenie. Dla większego bezpieczeństwa ślub odbył się w Ławaryszkach. Udzielił go nam 12 czerwca ksiądz Hoppe.

Szłam przez rzęsiście oświetlony kościół jak we śnie. W długiej białej sukni, białych pantofelkach, w welonie i wianku na głowie. Słyszałam muzykę organów, śpiew i swój, trochę drżący ze wzruszenia głos, gdy powtarzałam słowa przysięgi małżeńskiej.

Następnego dnia po ślubie, w poniedziałek, wyruszyliśmy „w podróż poślubną” na zesłanie (wiecznoje posielienije) do republiki Komi. W Moskwie mieliśmy przesiadkę i po kilku dniach dotarliśmy do Kniaź - Pogostu, skąd rozklekotaną ciężarówką, przez niekończące się lasy przyjechaliśmy do przystani nad rzeką Wyczegdą. Dalej już dróg nie było. Transport odbywał się latem statkami, a zimą samochodami po zamarzniętej rzece. W okresie przejściowym podróżni korzystali z samolotu.

W czasie jazdy ciężarówką przeżyliśmy chwile grozy. Nagle, jak spod ziemi „wyrośli” przed nami enkawudziści. Zatrzymali pojazd, gdyż, jak się okazało, poszukiwali zbiega. Ja nie byłam zagrożona, ale wyobrażam sobie, co przeżywał mąż. Poszukałam jego ręki i uścisnęłam tak mocno, że zbielały mi palce. Na szczęście nie sprawdzali dokumentów. Mogliśmy jechać dalej. Myślę, że miodowy miesiąc, który przeżywaliśmy, nadał naszym twarzom wyraz szczęścia, pogody i nie wyglądaliśmy podejrzanie. Potem czekaliśmy kilka godzin na statek. Zbliżał się wieczór, nadchodziła burza, a wraz z nią chmary komarów. Muszka (maszkara) na Syberii była bardzo dokuczliwa, ale te tysiące komarów, przed którymi nigdzie nie mogliśmy się schronić, strasznie dały się nam tego wieczoru we znaki.

Na statku odetchnęliśmy: to już ostatni etap podróży. Wydawało się, że tej nocy nie zmrużymy oka, jednak tuż nad ranem usnęliśmy i ...przespaliśmy moment przybicia do brzegu. Kiedy sprzątaczki zaczęły robić porządki, odkryły ze zdumieniem dwoje śpiących spokojnie pasażerów. Zaalarmowano władze, przewieziono nas łódką do brzegu. Zjawił się „anioł stróż” – enkawudzista (major), który przypomniał mężowi, że raz w tygodniu musi się u niego meldować i że w razie samowolnego oddalenia się od miejsca zamieszkania czeka go 25 lat łagru.(...)

Męża zatrudniono w miejscowej przychodni i załatwiono nam mieszkanie - pokój z możliwością korzystania z kuchni, w domu lekarza.

W ostatnich miesiącach 1955 roku w moim życiu nastąpił kolejny nieoczekiwany zwrot: Polska podpisała ze Związkiem Radzieckim umowę, na mocy której wszyscy akowcy z wyrokiem nie wyższym niż dziesięć lat, mający w Polsce rodzinę, mogli ubiegać się o wyjazd do kraju. Mąż spełniał oba te warunki.

Przekonałam się po raz kolejny, że nie jest człowiekiem biernie poddającym się wyrokom losu, ale stara się sam wyznaczyć drogę. Świadczy o tym zarówno ów niezwykły „urlop”, gdy odwiedził rodzinę i ożenił się, jak i podanie do Ministerstwa Zdrowia w sprawie pracy na zesłaniu - zgodnej z kwalifikacjami, wreszcie to, że zaczął przez Czerwony Krzyż poszukiwać brata. Wysłał pismo z prośbą o pomoc w ustaleniu miejsca jego zamieszkania. Gdyby potrafił udokumentować, że ma brata w Polsce, mógłby podjąć starania o wyjazd; tylko ci, którzy mogli dowieść, że jest w Polsce ktoś bliski i gotów ich przyjąć, byli w gronie „szczęśliwców”. Jednak załatwianie sprawy było niezwykle trudne: pokonanie całej biurokracji, przezwyciężenie bezduszności urzędników wymagało ogromnej cierpliwości. Małżonek wielokrotnie musiał wyjeżdżać do Syktywkaru, stolicy Komi, gdzie wciąż od nowa tłumaczył, wyjaśniał, przekonywał panów z NKWD, za każdym razem upominając się o ankiety, które należało wypełnić przed wyjazdem do Polski. Kiedy złożyliśmy niezbędne dokumenty, czekaliśmy w nieskończoność na pozytywne załatwienie prośby. Nadszedł wreszcie dzień, gdy mogliśmy odetchnąć z ulgą: wraz z zawiadomieniem o terminie wyjazdu przekazano mężowi również informację o miejscu zamieszkania brata.

Trudno w tej chwili nie pomyśleć o tych, którzy nie mieli do kogo wracać. Większość więźniów sowieckich łagrów pochodziła z Kresów. Ich rodziny zostały objęte repatriacją. Polaków skazanych na 25 lat łagru bądź dożywotnie zesłanie nie uwalniało posiadanie rodzin w Polsce.

Do Syktywkaru odtransportowano nas samolotem. Stąd, już z większą grupą Polaków, odwieziono nas ciężarówkami do Kotłasu, a dalej mieliśmy podróżować koleją. Na stację wjeżdżał pociąg (transport z łagiernikami wyruszył z Workuty, zabierając po drodze z Inty, Uchty i Peczory „wybrańców losu”, na których czekały rodziny w Polsce). Z okien wagonów wychylają się koledzy męża, akowcy-łagiernicy i „wnoszą” nas z rzeczami do środka. Powitania, radość, ale i refleksje dotyczące tego, co przed nami i tego, co pozostawiliśmy po tej stronie. Sowieci zdobywają się na gest: żegnają „wrogów ludu”, zapewniając im posiłki w kolejnych dworcowych restauracjach.

* * *

W grudniu 1955 roku przybyliśmy do Nowego Sącza, gdzie mieścił się punkt repatriacyjny. Mężowi natychmiast zaproponowano pracę w zawodzie i mieszkanie. Propozycja była warta zastanowienia, bo bez specjalnych starań mogliśmy zapewnić sobie spokojny byt. Mąż jednak postanowił pojechać do Szczecina, odwiedzić brata z rodziną i rozejrzeć się.

Brat męża, z żoną i dwojgiem dzieci, zajmował niewielkie mieszkanie (pokój z kuchnią). Przyjęli nas bardzo serdecznie i, mimo ciasnoty, zapewnili kąt na kilka miesięcy.

Czwartego kwietnia 1956 roku urodził nam się syn. Ze szpitala przywieźliśmy go już do naszego mieszkania. Jeżeli o jakichś momentach naszego życia możemy powiedzieć „pełnia szczęścia”, to doznawaliśmy jej właśnie wtedy. Mieliśmy poczucie stabilizacji. Mieszkaliśmy w pięknej, willowej dzielnicy na Głębokiem, mały Tadeusz dostarczał nam nieustannej radości, rozszerzał się krąg znajomych.(...)

Tak oto wrastałam w nową glebę... Przyzwyczaiłam się już do Szczecina, rodzinnego miasta moich dzieci - pięknego, nowoczesnego, tonącego w zieleni.

Od 1995 roku należę do Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej.

A Wilno? Mijają dziesięciolecia, a tęsknota do niego wciąż nie ustaje. Już pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy Tadzio był kilkuletnim chłopcem, postanowiłam pojechać z nim do rodziców. Chciałam, by poznali wnuka. Niestety, bez zaproszeń wyjazd nie był możliwy. Biedni rodzice godzinami musieli wystawać przed odpowiednim urzędem, by dostać te bezcenne dokumenty. Dzięki ich poświęceniu mogliśmy się wszyscy spotkać.(...).

Zarówno świadomość wojennych tragedii i uciążliwości dla rolników, gdy trzeba było oddać najlepszego konia oraz dokonywać obowiązkowych dostaw, tak zwanych kontyngentów, jak i powojennych kłopotów, docierała do mnie powoli i jakby w zamgleniu. Było to spowodowane moją wiekową niedojrzałością (urodziłam się 24 marca 1932 roku), spotęgowaną jeszcze przez spokój oddzielonego od reszty świata, sielskiego dzieciństwa. A spokoju dla dorosłych – na naszych ziemiach nie było od dawna. Ojciec wspominał jak za czasów jego młodości pachołkowie carscy bili polskie dzieci za posługiwanie się ojczystym językiem i katowali nauczających, nierzadko zsyłając ich na Syberię. Tuż po wybuchu drugiej wojny światowej, pamiętnego dnia 17 września 1939 roku wkroczyły na nasze tereny wojska sowieckie. Odtąd znajdowaliśmy się niejako pod podwójną okupacją, gnębieni na przemian lub jednocześnie przez obie strony, w zależności od przebiegu działań wojennych. Niemcy okupowali nasze tereny od 1941 do 1944 roku. Ojciec nasz, który już w swym życiu widział i przeżył niejedno, bał się panicznie zarówno niemieckiego okupanta jak i sowieckich porządków. Armię radziecką nazywał „szarańczą”. Miał ku temu konkretne powody. Gdy po raz pierwszy bowiem w roku 1939 „odwiedzili” nas Rosjanie, nastąpił masowy wywóz Polaków na Syberię.

Ojciec zatem, nie spodziewając się niczego dobrego po nadchodzących czasach i nie widząc żadnej możliwości uchronienia przed ich tragizmem licznej rodziny, już wówczas, tj. w 1939 roku zamierzał popełnić samobójstwo. Matka, nie bez wielkiego trudu, odwiodła go jednak od tego zamiaru. Wszystkim było bardzo ciężko. Rolnicy gnębieni zbyt wysokimi podatkami, nie mogli wyżywić własnych rodzin. Snuło się wtedy wielu włóczęgów proszących o kawałek chleba. Ojciec, gdy tylko mógł chociażby w najmniejszym stopniu kogoś wspomóc, nigdy nie odmawiał. Przez cały czas okupacji przychodzili po tę pomoc ludzie różnych wyznań i narodowości – Żydzi, rosyjscy partyzanci, Cyganie i inni. Potem, już po zakończeniu wojny w latach 1946- 1948 pojawiali się też często Polacy, byli członkowie Armii Krajowej. Tym było również trudno odmówić, tym bardziej, że wspomagało się nawet obcych. Po powtórnym wkroczeniu do nas Armii Radzieckiej, po zakończeniu działań wojennych na naszych terenach, otrzymaliśmy (moi rodzice i  inni gospodarze) propozycję porzucenia gospodarstwa i przesiedlenia się do Polski na tak zwane Ziemie Odzyskane, opuszczone przez ludność niemiecką. Brzmiało to jakoś obco i wśród podejrzliwych z natury chłopów nie budziło zaufania. Prawie każdy rolnik przywiązany jest bardzo do swego skrawka ziemi i tylko gospodarząc na nim czuje się w miarę bezpiecznie. Jednak odważniejsza część naszej dalszej rodziny wyjechała wówczas na Mazury w okolice Olsztyna i Ostródy. Ojciec nasz, nie będąc pewien co go czeka na tym nowym, nieznanym dotąd nawet ze słyszenia miejscu, wśród powojennych ruin i raczej wrogo nastawionej do nas tej części ludności niemieckiej, która pozostawała jeszcze na „swoich” terenach – postanowił za wszelką cenę (nie przewidując, że cena ta będzie aż tak wysoka) utrzymać naszą wzorowo prowadzoną gospodarkę, nie włączając jej mimo usilnej namowy ze strony władzy do kołchozu, czyli zespołu gospodarstw państwowych. Co gorsze – nie ukrywał niechęci do tego rodzaju przemian. Wokół niedobrze się działo i nawet radość ze świeżo odzyskanej, niepełnej przecież wolności, nie zdołała wpłynąć na zmniejszenie głębokich niepokojów tamtejszej, kresowej ludności. Składała się ona w przeważającej mierze z Polaków, jak też w znacznie mniejszej części i z innych nacji, tak zwanych mniejszości narodowych. Byli wśród nich Białorusini, Ukraińcy, Cyganie, Litwini i Tatarzy oraz Żydzi, Rosjanie i inni. Nie przeszkadzało to zupełnie w zgodnym, harmonijnym współżyciu i układaniu dobrosąsiedzkich stosunków.

Członkami grup Armii Krajowej działających na wschodnich terenach byli ludzie wierzący uporczywie w możliwość stworzenia po wojnie całkowicie i prawdziwie niepodległej Polski. Stąd zbrojny opór przeciw władzy radzieckiej, bardziej czy mniej legalnie, ale siłą narzuconej. W  latach 1946-1948 nastąpiły ponowne zesłania ludności cywilnej w głąb Kraju Rad. Rolnikom trudno było utrzymać się ze swej ziemi na skutek zbyt wielkich, zdecydowanie przewyższających ich możliwości produkcyjne, obowiązkowych dostaw inwentarza i  płodów rolnych. Aby zabezpieczyć rodzinę w niezbędną żywność, trzeba było przechowywać ją ukrytą w specjalnych dołach i innych kryjówkach, gdy w każdej chwili groziła konfiskata całego mienia za niepełne wywiązanie się z  dostaw. Był to jeden ze sposobów zmuszenia ludności do włączania swojej ziemi do kołchozów, czyli wspólnych, wielkich, źle zagospodarowanych, mizernych gospodarstw państwowych. Cała ta akcja nosiła miano kolektywizacji, która, jak się wkrótce miało okazać, była jednym z głównych błędów naszego ustroju, pogrążającym zrujnowane wojną państwo w jeszcze większą biedę. Pamiętam gwałtowne obniżenie się stopy życiowej w tym czasie, pustki w sklepach, brak lekarzy i leków, z dnia na dzień coraz bardziej opanowujący ludność stan ogólnego lęku i zagrożenia, powszechne przygnębienie, brak nadziei na jakiekolwiek zmiany na lepsze.

Całą naszą rodzinę władze radzieckie uznały za „bandycką’’, gdyż w jej przekonaniu bandytą był każdy, kto popierał polską partyzantkę. Ale my przecież byliśmy i czuliśmy się stuprocentowymi Polakami! Jakże więc pomagając w niedalekiej przeszłości innym, mogliśmy teraz odmówić pomocy w formie jedzenia lub doraźnego przenocowania swoim? Nie mówiąc już o tym, że zarówno tropieni jak i tropiciele byli uzbrojeni i przy użyciu siły mogli również wyegzekwować pewne świadczenia na ich rzecz. Groza wisiała w powietrzu, omijając na razie nas najmłodszych – mnie i moich dwóch braci. W roku 1947 poprzedzającym aresztowanie całej naszej rodziny, po dokładnej rewizji w rodzinnym domu i nie znalezieniu niczego obciążającego, aresztowano moją siostrę Franciszkę, najstarszą z przebywającego pod wspólnym dachem rodzeństwa. Podobno Frania biegała do leśnych ludzi służąc im za kuriera, o czym rodzina nie miała zielonego pojęcia. Za kilka miesięcy od chwili aresztowania otrzymaliśmy od niej list z Kazachstanu zawiadamiający, że otrzymała wyrok dziesięciu lat obozu pracy.

Teraz kolejno były realizowane aresztowania z czarnej listy, na której znalazła się cała nasza bliska i dalsza rodzina. Pewnego dnia zabrano z targu ojca i towarzyszącego mu najstarszego mego brata Włodzimierza. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy nasz dobry sąsiad przyprowadził nam klacz z furmanką, pozostawioną na rynku bez opieki. Pamiętnego dnia 26 listopada 1948 roku, jak się post factum dowiedzieliśmy, uzbrojony po zęby oddział NKWD zorganizował zasadzkę na dwóch polskich partyzantów: Franciszka Kamińskiego i Antoniego Kiezika, przebywających chwilowo w naszym domu. O miejscu ich pobytu dowiedziano się z donosu. Oprócz bowiem dobrych, życzliwych sąsiadów, jak to zazwyczaj bywa, znaleźli się też ludzie zazdroszczący ojcu gospodarności i tego, co uzyskał własną i całej rodziny ciężką pracą. Obaj osaczeni partyzanci, widząc beznadziejność swojej sytuacji, po serii wystrzałów ze strony enkawudzistów, popełnili samobójstwo w bunkrze, w przydomowym kurniku, po czym nie wiadomo dokąd wywieziono ich zwłoki. Matka jednego z tych partyzantów zawołana przez prześladowców do pobliskiej stodoły celem zidentyfikowania zabitego, rozpoznała nagie ciało syna i nigdy nie dowiedziała się, co z nim potem zrobiono. Ta sama kobieta siedząc potem w celi przed otrzymaniem wyroku, w czasie śledztwa, udawała skutecznie głupią i głuchą, aby nie zdradzić się nieopatrznie z czymkolwiek, co mogła wiedzieć o partyzantach i nie spowodować swymi zeznaniami dalszego ciągu nieszczęść. Otrzymała wyrok dziesięć lat zesłania. Moją zamężną siostrę Jadwigę Butkiewicz, aresztowano tego samego dnia (26 listopada), pomimo zaawansowanej ciąży. Zabrano również jej męża Michała, a ich trzyletni synek pozostał przy schorowanej starej babci.

Listopad roku 1948 był bardzo chłodny i śnieżny, co nie stanowiło nowości na wschodnich terenach. Dwudziestego szóstego dnia tego miesiąca z samego rana, ja – wówczas już szesnastoletnia dziewczyna – wraz z moim rodzeństwem: dwudziestoletnią siostrą Martą, zwaną przez wszystkich Martusią oraz braćmi – osiemnastoletnim Kazimierzem, dwunastoletnim Zygmusiem i  dziewięcioletnim Ignasiem, przygotowywaliśmy się do wyjazdu saniami na pobliską kolonię do znajomych w celu utarcia lnu na ich maszynach, gdyż własnych takich urządzeń nie posiadaliśmy. Jakież było zdziwienie brata Kazika, gdy wyszedłszy przed dom nie znalazł tam klaczy zaprzężonej uprzednio do sań. Po chwili spostrzegł ją nieopodal pod lasem, wyraźnie zniecierpliwioną i niespokojnie strzygącą uszami. W tym samym momencie, gdy zbliżał się ku niej, aby sprowadzić na właściwą drogę, usłyszał dochodzący z  oddali niezbyt wyraźny trzask odbezpieczanej broni. Pomyślał jednak, iż to być może odgłos spowodowany łamaniem przez kogoś suchych gałęzi. Zgodnie więc z planem zasiedliśmy wygodnie w saniach. Brat świsnął w powietrzu batem i ruszyliśmy przez puszyste śnieżne zaspy. Po kilkunastu minutach przyjemnej, miękkiej sanny ujrzeliśmy wszyscy w  oddali uzbrojony oddział enkawudzistów zmierzający w kierunku naszej wsi. Zamarliśmy z przerażenia.

Nie tracąc czasu wysadziliśmy z sań najmłodszego Ignasia, by pędził do domu, aby uprzedzić matkę i partyzantów o niechybnym niebezpieczeństwie. Dziecko posłusznie, bardziej w jakiś instynktowny niż rozumowy sposób, świadome swej roli, pognało co sił w nogach, lecz niestety, jak się później okazało, zostało przez żołnierzy złapane i trzymane na zimnie aż do czasu zakończenia akcji, to jest od rana do późnych godzin wieczornych. Nie wiedząc na razie nic o losie najbliższych, przystąpiliśmy do pracy przy lnie, ale coś złowieszczego wisiało w powietrzu, utrudniając nam skupienie się i właściwe wykonywanie tak dobrze znanych zajęć. Gdy udało nam się wreszcie zapomnieć o niemiłym, porannym spotkaniu z mundurowymi i zwykłymi żartami pokryć niepewność i zmieszanie – ujrzeliśmy naraz w bramie szopy, jak we śnie, w kłębach mroźnych oparów wyglądających zjawiskowo groźnie, trzech enkawudzistów. Rozkaz brzmiał krótko: „zaprzęgać konia do sań”! I tak ruszyliśmy w naszą tułaczą, znaczoną odtąd krwią i łzami, młodzieńczą przyszłość... Skierowano nas do pobliskiej szkoły. Po chwili podjechano gazikiem, by zabrać siostrę Martę na przesłuchanie do domu. Pozostała nasza trójka, to jest ja i moi dwaj bracia – osiemnastoletni Kazik i dwunastoletni Zygmuś, przeraźliwie głodni, zziębnięci i wystraszeni siedzieliśmy „pod opieką” jednego żołnierza do wieczora. Przez cały ten czas słyszeliśmy wyraźnie od strony południa odgłosy licznych wystrzałów. Powracający z akcji enkawudzista oznajmił nam, że „bandyci”, czyli polscy partyzanci zostali zabici w naszym domu. Załadowani, pod konwojem, z  powrotem do naszych sań, odbywaliśmy teraz drogę do mieszczącego się w nieogrzewanej bibliotece, tak zwanego Sielsowietu, stanowiącego instancję odpowiadającą zarządowi gminy. Wraz z braćmi spędziłam tam noc na stanowiących remontowe pozostałości, brudnych cegłach pod głową. Koszmary senne mieszały się z nie mniej straszną rzeczywistością. Nastał ranek. Najmłodszego z naszej trójki, dwunastoletniego Zygmusia puszczono wolno, nakazując mu pójść do domu i niczego tam nie dotykać, gdyż miejsce akcji miało byś dokładnie obfotografowane, jak domyślaliśmy się – w celach propagandowych.

Nieludzko wystraszeni, z  obolałymi od całonocnego kurczenia się z  zimna mięśniami, obudziliśmy się, a  ściślej mówiąc, ocknęliśmy o świcie przez moment pocieszając się złudzeniem, że może to tylko makabryczny sen i za chwilę odczujemy, iż znajdujemy się jak zwykle o tej porze, w swoich niebogatych, ale zawsze czystych, przytulnych łóżkach. Nie wiedzieliśmy wówczas i wiedzieć nie mogliśmy, że od tak prozaicznej i naturalnej, a przez to niedocenianej najczęściej czynności jak sen we własnym łóżku, dzielić nas będzie od tamtej chwili długich, bardzo długich osiem lat katorgi... Gdy ja i brat Kazik siedzieliśmy półprzytomni z przerażenia, głodu, chłodu i zmęczenia, skuleni w kucki ogrzewając się własnym ciałem, napływali nowi współtowarzysze niedoli – kilkanaście osób z naszej wsi, wśród których kilka rozpoznaliśmy. Wszyscy zostaliśmy przewiezieni do odległego o osiemnaście kilometrów Brasławia. Pierwsze wrażenia stamtąd – to trzask rozsuwanych i zasuwanych metalowych drzwi, stukot ciężkich butów i ogarniająca nas ze wszystkich stron, wszechobecna ciemność. Piwnica. Zabierają brata. Znacznie później, od spotykanych przypadkowo, również aresztowanych członków dalszej i bliższej rodziny dowiedziałam się o  losie najbliższych. Moja mama – Bronisława Janowicz oraz siostra Marta zostały aresztowane wieczorem, w dniu obławy na partyzantów i przewiezione również do Brasławia, o czym nie miałam pojęcia, siedząc tam w ciemnej piwnicy. Wieziono je odkrytym samochodem ciężarowym razem z  ciałami zabitych partyzantów. Dowiedziałam się też, że najmłodszy z rodzeństwa, dziewięcioletni wówczas Ignaś, ten którego wysłaliśmy ze spóźnioną wiadomością o okrążeniu, a który został zatrzymany w drodze przez żołnierzy NKWD, po zakończeniu strzelaniny i wywiezieniu mamy z siostrą, pozostał sam w opustoszałym, z obfitymi śladami świeżo przelanej krwi, domu. Nie trzeba wyjaśniać, jak czuło się biedne dziecko w tej koszmarnej scenerii. Rano dołączył do niego uwolniony również dwunastoletni Zygmuś. Od tej pory wałęsali się obaj bez żadnej opieki po wsi, będąc na łasce znajomych, którzy niewiele mogli dla nich, w  tych ciężkich czasach, uczynić. Żyli więc z zapasów, które pozostały na gospodarce. Wprawdzie kierownik miejscowej szkoły, uczciwy Rosjanin, długo i  usilnie starał się o  umieszczenie chłopców w  Państwowym Domu Dziecka (Gosudarstwienyj Dietskij Sad), ale jego petycje były każdorazowo odrzucane przez władze. Odmowę uzasadniano „bandyckim” pochodzeniem tych nieletnich istot. Obowiązujące prawo zakazywało bowiem udzielania jakiejkolwiek pomocy dzieciom aresztowanych. Opiece radzieckiego państwa podlegały wyłącznie dzieci żołnierzy rosyjskich poległych na froncie. I  tak do moich braciszków przylgnęła nazwa „bandyckie dzieci”, a co gorsze – w ślad za nią szło nieludzkie ich traktowanie. Miejscowi białoruscy policjanci często bili bezdomne dzieci kolbami karabinów i zagrabiali resztki naszego mienia. Dopiero po dwóch latach starań wspomnianego kierownika szkoły, dzieci przyjęto wreszcie do Domu Dziecka.

Przez piwniczne okno, wąskie i wysoko umieszczone, sączyło się nikłe, brudne światło jesiennego zmierzchu, a może poranka? Któż to wie? W ciszy piwnicznej izby słychać tylko nierówne bicie własnego, przerażonego serca... Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile czasu upłynęło od umieszczenia mnie w tym ponurym lokum i rozdzielenia z bratem. Później okazało się, że trwało to zaledwie dwie doby, które wówczas wydawały się wiecznością. Przyniesiono mi, chyba gdzieś w środku dnia, jakąś obrzydliwą lurę do zjedzenia, a raczej do wypicia. Smakiem nie przypominała mi ona żadnej ze znanych potraw. Na szczęście, pewnie na skutek zmęczenia i przerażenia grozą sytuacji, nie odczuwałam na razie głodu. Zapoznałam się z nim za to dokładnie w ciągu długich lat więzienia. Moje pomieszczenie nie było, jak widać, przystosowane do dłuższego przetrzymywania w nim ludzi, gdyż nie było tam żadnej pryczy, czy innego urządzenia do spania. Nic – gołe ściany.

Ze smętnej zadumy wyrwał mnie głośny łoskot otwierania drzwi. Do przyczajonej w kącie lochu, zwiniętej w kłębuszek, niby jakieś zwierzątko, drobnej istoty – to znaczy do mnie – zbliżył się wojskowy, jak poznałam po przypiętych do kożucha naramiennikach, w stopniu majora. Wezwał mnie na górę do kancelaryjnego pokoju, sprawiającego niewiele mniej obskurne wrażenie od pomieszczeń piwnicznych. Usiadł za biurkiem, zadając mi kilka pytań dotyczących działań partyzanckich. Odpowiedziałam, że nic mi o tym nie wiadomo. Usłyszałam wówczas kilka stłumionych przekleństw. Przyglądając mi się bacznie, major następnie zapytał czy miałam stosunki seksualne z partyzantami. Gdy użył zbyt wulgarnych słów na określenie tego, o co mu chodziło, obudziła się we mnie dziewczęca duma i odpowiedziałam wyraźnie i z całą godnością, na jaką było mnie stać w tych warunkach, że tak brzydkich słów nie rozumiem, ani po polsku, ani po rosyjsku.

Na Boga! Byłam przecież naprawdę normalnym, niewinnym szesnastoletnim podlotkiem. Major usłyszawszy moją zdecydowaną odpowiedź, nie wrócił już więcej do tego tematu i  nagle wydał mi się jakiś zakłopotany. Polecił żołnierzowi odprowadzić mnie na miejsce. Po jakimś czasie wywołano mnie na podwórze, gdzie ujrzałam duży ciężarowy, odkryty samochód załadowany ludźmi. Wśród nich rozpoznałam zamężną siostrę Jadwigę w ciąży, jej męża i mego brata Kazika. Mnie również polecono wdrapać się na platformę samochodu. Pilnowało nas na niej czterech uzbrojonych żołnierzy. Jak zwykle na tamtych terenach przy końcu listopada, tak i w tym pamiętnym roku, było bardzo zimno. Ostry wiatr smagał bezlitośnie nam twarze. Siostra moja, którą zabrano z domu, miała na sobie jakąś cieplejszą odzież. My natomiast – to znaczy ja i mój brat – aresztowani w czasie pracy przy lnie, byliśmy znacznie lżej odziani i teraz dokuczliwy chłód szczególnie mocno dawał się nam we znaki. Nikogo to, oczywiście, nie interesowało. Wyruszyliśmy w dziewięćdziesięciokilometrową drogę. Rozpoczynała się mroźna, wschodnia zima, zwykle tak dla nas – dzieci – przyjazna, a teraz nadzwyczaj surowa, wroga. Żegnajcie wspaniałe zabawy na śniegu – na zawsze! Niewiele go będzie widać z więziennego okna. I nie będzie on już nigdy tak czysty, puszysty, olśniewająco biały, jak za czasów dzieciństwa na naszych pagórkowatych polach.

Zanim przywieziono nas – jak się okazało – z Brasławia do Połocka, przemarzliśmy do szpiku kości. Podróż trwała cały dzień. Niepokój o los najbliższych potęgował własne cierpienia. Nic nie wiedziałam wówczas o ojcu aresztowanym na rynku, pozostałych braciach i siostrze Martusi zabranej ze szkoły na przesłuchanie.

Wspomnienia pochodzą z książki Teresy Sworobowicz Moje wspomnienia, wyd. Havran, Gdańsk 2018

Nazywam się Weronika Sebastianowicz i jestem prezesem Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej, Okręg Nowogródzki (dawne Kresy Wschodnie, teraz Białoruś).  Urodziłam się w pięknej wsi Pacewicze, powiat Wołkowysk. Było nas troje dzieci – 2 siostry i brat. Ojciec za czasów Polski pracował jako inżynier. Żyliśmy skromnie, ale spokojnie. Mieliśmy swój dom, wokół niego park i staw. Nie posiadaliśmy samochodu, ale 2 własne rowery. Ojciec budował drogi, mosty. Nieźle zarabiał jak na tamte czasy. Było normalnie.

I tu nagle 17.09.1939 r. ta niespodziewana zaraza sowiecka weszła na nasze tereny. Do naszej wsi wjechali żołnierze sowieccy na ciężarówkach. Miejscowi komuniści zaczęli przychodzić nad nasz staw i zrywać z ogrodu wszystkie kwiaty, aby witać przybywających. Ja jako ośmioletnie dziecko niewiele rozumiejąc z tej sytuacji, wiedziałam jednak, że zaczyna się coś złego i już wtedy włączyłam się do konspiracji. Wyrywałam korzenie po tych zerwanych kwiatach i rzucałam na przejeżdżające sowieckie ciężarówki wojskowe. Cała umorusana wróciłam do domu. Mama ręce załamała na mój widok :

- Zobacz córeczko, jaki masz brudny płaszczyk. Gdzie ty byłaś? Co robiłaś?

Ja odpowiedziałam :

- Wiesz mamo, przyjechały diabły. Tacy brudni, czapki jakieś dziwne z gwiazdą. I ja na nich rzucałam korzenie.

Mama westchnęła i przebrała mnie. Tak zaczęła się moja działalność podziemna.

Od tego momentu powietrze nie miało już dotychczasowego zapachu wolności, wolności która stale kojarzy mi się z moim szczęśliwym dzieciństwem.

Już 19 września Sowieci przyszli z wiejskim komunistą do nas zabić ojca. Tata stwierdził :

- Za co chcecie mnie zabić, przecież nie robię nic złego ?

Odpowiedzieli : Bo ty Polak, po polsku rozmawiasz. I jesteś pan.

Chcieliśmy odciągnąć to wszystko i moja starsza siostra (rocznik 1926) podbiła komuniście karabin i ten wystrzelił w sufit. Następnie my, troje dzieci i mama obstąpiliśmy go, a tacie udało się w międzyczasie uciec. Udał się do rodziny do Wołkowyska. Jak wiecie, już na początku okupacji w 1939 r. inteligencja polska zaczęła tworzyć struktury konspiracyjne. Mój tata także włączył się w działalność podziemną w Związku Walki Zbrojnej, a następnie w AK. Po pewnym czasie do taty dołączył mój brat.

Trwało to wszystko długo aż do roku 1944, kiedy ojciec został aresztowany [po zajęciu tych terenów ponownie przez Sowietów – przyp. red.] i  skazany na 10 lat. Co prawda nie za walkę zbrojną, ale za bycie przedwojennym inżynierem, jakiś czas sołtysem. Na pewno podejrzewali go o działalność podziemną, bo długo go nie było w domu, ale dowodów nie mieli. 

Po aresztowaniu taty, brat zdecydował się pójść na stałe do lasu. Starsza siostra, zamężna mieszkała ze swoją rodziną daleko. Zostałam sama z mamą. Naszym żołnierzom potrzebna była pomoc. Mama nie była zaprzysiężona w AK. Piekła jednak dla nich chleb, prała bieliznę, bo jej kochany synek tam był. I ja także do nich chodziłam, pomagałam.

Mijał czas. W końcu nawiązałam z żołnierzami rozmowę, że chciałabym złożyć przysięgę. Miałam 13-14 lat. Brat się nie zgadzał, bo jego zdaniem byłam za młoda, nie wytrzymałabym służby, aresztowania. Trzykrotnie prosiłam i ostatecznie zgodzono się. Pewnego dnia kazano mi przyjechać rowerem głęboko w las. Przybył w to miejsce komendant Bronisław Chwieduk i ksiądz kapelan mjr Antoni Bańkowski, był obecny także mój brat i jeden kolega. Brat znów zaczął mnie namawiać, abym poczekała do 15 roku życia. Ja się nie zgadzałam. Poparł moją chęć złożenia przysięgi ksiądz Bańkowski

- Ona przecież stale nam pomaga, zna już nasze bunkry. A jaki chciałabyś mieć pseudonim ?

Ja zamarłam, nie wiedziałam co powiedzieć.

I wtedy odezwał się ponownie ksiądz :

- Zobaczcie, ona taka młodziutka, jak różyczka.

Wszystkim się to spodobało. I nadano mi pseudonim „Różyczka”.

Jak wracałam do domu po przysiędze, to nie czułam, że kręcę pedałami. Niosła mnie jakaś niesamowita siła. Całą drogę powtarzałam w myślach przysięgę. Byłam niezmiernie szczęśliwa, że złożyłam ją w takim wieku.

W 1945 r. zostało rozwiązane AK i zniesiona przysięga. Nie pogodziliśmy się z tym jednak i jesienią 1945 r. składaliśmy przysięgę ponownie. I zostaliśmy pod sztandarem Armii Krajowej. Nadzieja była wielka. Angażowały się całe polskie rodziny. Początkowo placówka nasza mieściła się w Piaskach. Po jej rozbiciu została przeniesiona bliżej Wołkowyska, 15 km od mojego domu. I dalej meldunki, opatrunki, sprawdzanie, gdzie stacjonuje wojsko sowieckie, gdzie NKWD. Dorastałam z naszymi żołnierzami. Nie miałam ochoty chodzić na zabawy, chciałam wiedzieć co się dzieje i działać. Najwięcej pracy było w lesie, gdy nasza grupa wracała z akcji. Zawsze byli ranni. Zawsze ktoś został aresztowany. Pomagaliśmy także Polakom, bo ich sytuacja wtedy była na tym terenie bardzo trudna.

Umawiałam się z innymi na zbiórki koło kościoła, koło krzyża. Do naszej placówki jeździłam często, także pociągiem. Od 1949-1950 r. zauważyłam, że zawsze za mną w pociągu jest „ogon”. Gdy przechodziłam do innego przedziału, oni za mną. Dlatego czasami nie wysiadałam w umówionym miejscu, tylko jechałam do kolejnego miasteczka niby po zakupy i wracałam do domu. W końcu komendant stwierdził, że muszę coś z tym zrobić, że muszę przenieść się na jakiś czas do innego powiatu. Byłam tam 7 miesięcy i do naszej placówki chodziłam już od innej strony.

Moja siostra mieszkała daleko. Pomyślałam sobie, że ją odwiedzę, bo skąd NKWD będzie wiedziało, że do niej pojechałam. Przyjechałam do siostry w sobotę, a w poniedziałek zostałam tam aresztowana. To dowód, jak wnikliwie byłam śledzona.

Początkowo kilka godzin przetrzymywano mnie w NKWD w powiecie siostry, następnie przewieziono mnie do naszego powiatu, a stamtąd do więzienia w Grodnie. Wszyscy zawsze mówili, że jak zawiozą kogoś do Grodna, to już nie wypuszczą. I tak się stało.

Pięć miesięcy trwały ciągłe przesłuchania. Ciężko mi to wspominać, bo nadal jak nie mogę zasnąć i o tym sobie przypomnę, to ogarnia mnie przerażenie, modlę się, liczę, a i tak nie mogę pozbyć się tych strasznych wspomnień. Po pierwsze - złamane dwa palce w drzwiach. Po drugie – rozbita czaszka. Powiedzieli klęknąć, wyciągnąć ręce i uderzali cegłą lub dwiema w głowę. Traciłam przytomność. Od tego bicia i kopania rozbito mi czaszkę. Ja do dzisiaj męczę się z powodu uszkodzenia nerwu po tych więziennych przeżyciach.

Większość pobytu w więzieniu spędziłam w karcerze. Metalowa klatka, metr na metr, cieknie woda, szczury biegają. Raz na dzień do kubka na łańcuchu nalewali wody. W dzień w karcerze, na noc na przesłuchania. Powrót do karceru, a rano znów ciągną pod ręce na kolejne przesłuchanie. Gdy  mogłam wrócić do celi, to tam także po całej nocy przesłuchań w ciągu dnia nie można było spać.

Bardzo martwiłam się o mamę. Dopytywałam się o nią, czy może mnie odwiedzić, ale stale mówiono mi, że teraz żniwa, jest zajęta w kołchozie. Tłumaczyłam, że moja mama w kołchozie nie pracuje. Zwodzono mnie cały czas. Miałam nadzieję, że jednak mnie odwiedzi, przywiezie potrzebne rzeczy. Potem dowiedziałam się, że mama także została aresztowana.

To wszystko spowodowało, że zaczęłam robić próby, aby odebrać sobie życie. Było to bardzo trudne, bo przecież wszystkie rzeczy już na początku nam zabrali, w celi też nic nie było. Ręcznik bardzo krótki. Próbowałam na różne sposoby, ale nie udawało mi się. Zaczęłam więc głodówkę. Przez 7 dni nie przyjmowałam jedzenia. Bardzo osłabłam i miałam nadzieję, że nareszcie to będzie mój koniec. Nie żałowałam siebie. Bardzo mi było szkoda mamy. Martwiłam się, że ją będą tak męczyć jak mnie.

Ostatecznie nic mi się nie udało. Nakarmili mnie, a potem sąd. Sądzono mnie w Grodnie w grupie 19 osób. Odczytano zarzuty, że należałam do bandy AK, a następnie wyrok – 25 lat łagru i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. W tamtym czasie już bowiem nie było kary śmierci. 25 lat to był najwyższy, możliwy wyrok.

Dali szansę na powiedzenie ostatniego słowa, ostatniej prośby do sądu. Stwierdziłam, że dla siebie o nic ich prosić nie będę. Chciałabym tylko, aby mamę przysłali do tego samego łagru co mnie. I mamę potem przysłali do Workuty, gdzie przebywałam i ogółem spędziłam tam w łagrach 5 lat. Byłyśmy razem 3 miesiące, do momentu gdy zabrano mnie stamtąd do innego obozu. Pośród różnych przeżyć w W Workucie pragnę wspomnieć jedno. Pewnego dnia pękła mi tam ślepa kiszka. NKWDziści, młode chłopaki prowadzili mnie pod ręce, bo straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, usłyszałam : Chyba już zdechła. Strasznie te słowa bolały. Uratował mnie chirurg, Polak.

Umieszczenia mnie w następnym, karnym łagrze nie mogłam Sowietom wybaczyć i nie mogę do dzisiejszego dnia. Byli tam ludzie psychicznie chorzy z centralnej Polski. Nie zabierano nas do pracy, pomagaliśmy w sprzątaniu i innych pracach.

Pewnego dnia jedna kobieta mówi mi, że za kilka dni będzie wywózka. Stwierdziłam, że jak wywiozą, to może i lepiej. Jednak to nie była wywózka nas, więźniów politycznych. Tego dnia podjechała ciężarówka, do której załadowano trupy więźniów. Na wierzch rzucano jeszcze żywych, konających ludzi. Widać było ich wpatrzone w nas oczy. Wywożono ich wszystkich w step i tam zostawiano. Wilki szargały potem te ciała. Po kilku miesiącach, w czasie krótko trwającej odwilży Sowieci wykopywali w końcu dół i zsuwali do niego resztki ciał. Stale powtarzam, że gdyby nastąpiło z woli bożej zmartwychwstanie, to w tamtym miejscu podniosłaby się cała ziemia. Na północy Syberii, gdzie łagry były jeden obok drugiego. Tyle trupów…

Następnym etapem mej katorżniczej drogi było przewiezienie do Krasnojarskiego Kraju, w tajgę do wycinki lasu. Wyprowadzali nas do pracy przy temperaturze -48 C. Mieszkaliśmy w dużym baraku z metalowym piecykiem pośrodku, którego będąc cały dzień w pracy, nie miał kto napalić. Spaliśmy więc w lodowatym baraku. Po nocy w takich warunkach wstawało się i widziało kilka trupów osób, które w nocy przy nas zmarły. Pozostali więźniowie widząc śmierć np. młodej dziewczyny nie współczuli. Widzieli to inaczej. Mówili, że ona już uwolniła się od mąk. Nikt bowiem na początku naszej łagiernej drogi nie spodziewał się, że taki straszny los nas wszystkich czeka. Razem z rodzicami byłam skazana na 60 lat łagru. Prawie 20 z nich odbyliśmy.

W 1952 r. nagle wracając z pracy, zostałam wezwana przez obozowego NKWDzistę, który stale nas obserwował, jak kto się zachowuje, jak mówi o Stalinie. Zdziwiona przychodzę do niego i pytam, czemu zostałam wezwana, przecież wyrobiłam normę. On na to stwierdza :

- Mogę cię pocieszyć.

Ja pomyślałam, że może mnie zwolnią, bo czymże innym można pocieszyć więźnia.

A on : - Twój brat – bandyta zabity.

Nie pamiętam, jak od niego wyszłam. Całą noc rozmyślałam, jaki sens ma moje życie ? Rodzice w łagrach, ja z wyrokiem 25 lat, brat nie żyje. I spróbowałam jeszcze jeden raz odebrać sobie życie. W tajdze poszłam pod upadające drzewo. Musiałam źle wyliczyć, bo nic mi się nie stało. Strasznie się rozpłakałam, że się nie udało. Po chwili zatrzymałam się jednak i pomodliłam :

- Matko Najświętsza, wybacz mi. Więcej tego robić nie będę.

Dzisiaj jestem bardzo wdzięczna Bogu, że zachował mnie przy życiu, bo jestem potrzebna moim podopiecznym, bo my na Białorusi nie jesteśmy nikomu potrzebni. Zabrano nam wszystko – młode lata, zdrowie.

Po śmierci Stalina więźniowie cieszyli się, bo mówili, że umierają tylko ludzie. W 1953 r. ogłoszono amnestię. Zaczęto zwalniać ludzi, wyjeżdżali niektórzy. Mnie nie zwolniono, tylko odjęto 15 lat. 10 lat kary zostawiono. Innych zwalniano, pisali do Polski i tam wyjeżdżali, a ja nie mogłam. Po jakimś czasie był ponowny sąd w Krasnojarsku. Tam właśnie napisali, że zmniejszono mi wyrok, bo wstąpiłam do bandy AK, będąc niepełnoletnią.

W końcu mnie zwolniono, ale odmówiono wyjazdu do Polski. W swoje strony wracałam sama. Kupili mi bilet, dali parę rubli, a przecież Syberia a Grodno to bardzo daleka droga. Łączności wtedy przecież nie było takiej, jak teraz. Przy zwolnieniu dali mi „sprawkę”, zaświadczenie, że zostałam zwolniona z łagru. Gdy jechałam pociągiem, w okolicach Nowosybirska bandyci chodzący po wagonach zobaczyli mnie. Po wyglądzie można się było domyślić, skąd jadę. Podeszli do mnie, podstawili do gardła nóż i zabrali mi te ostatnie pieniądze. Do Moskwy i z Moskwy do domu jechałam już głodna.

Gdy przyjechałam do domu, rodzice już wrócili z łagru. Dom był zburzony, nic nie przetrwało nawet ubrania. Pomieszkaliśmy trochę u cioci w sąsiedniej wsi. Jedni podzielili się z nami chlebem, inni słoniną, a jeszcze inni ubraniem. W końcu zabrała nas do siebie moja siostra, do Skidla 20 km od Grodna, gdzie dotąd mieszkam. Władze sowieckie bowiem zezwoliły mi powrócić jedynie w miejsce, gdzie zostałam aresztowana i tu się osiedlić.

Nie mogłam odnaleźć znajomych. Do dziś nie wiem, gdzie spoczywa ciało mojego brata zabitego w październiku 1952 r. Ostatni żołnierze i łączniczka z naszej placówki zostali wyśledzeni w 1953 r. i zginęli od granatu wrzuconego do zajmowanego przez nich bunkra.

Żyliśmy w biedzie. Po upadku ZSRR i powstaniu Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK zaczęliśmy przyjeżdżać na zjazdy Łagierników w Polsce, odnajdywać dawnych kolegów. Żyję Polską, patriotyzmem. Pozdrawiam wszystkich. Pamiętajcie, że wolność nie przychodzi na zawsze. Trzeba o nią walczyć co dzień, co chwilę. Szanujcie to, co macie. Wolną Polskę.

My mieszkamy poza Krajem, ale wierzę, że żadna granica, nas Polaków, nie może nas rozdzielić. Jesteśmy bowiem jedną, wielką rodziną. Z jednej matki, z tym samym sercem dla Ojczyzny. Kocham Was, Rodacy i życzę Wam dużo zdrowia.

Wojna!!!

Legły w gruzach wszystkie marzenia, pragnienia i piękne plany na przyszłość. Byłam świeżo upieczoną mężatką, wyszłam za mąż zaledwie przed dwoma tygodniami za człowieka, który był wielką miłością mojego życia. Męża zmobilizowano, pożegnałam go nie mając żadnej pewności, czy się jeszcze spotkamy. Życie płynęło własnym torem, pracowałam w Zarządzie Drogowym w Wołkowysku jako maszynistka i sekretarka kierownika.

Kolejny cios, 17 września 1939 r. Sowieci zaatakowali Polskę. Dostałam od szefa polecenie zniszczenia ważnych dokumentów, planów i legitymacji służbowych pracowników, by nie narażać ich na aresztowania i deportację. Zebrałam wszystko i zamknęłam się w toalecie, drżącymi rękami rwałam papiery i spłukiwałam wodą. Z dokumentami szło mi najgorzej, ale legitymacje były w twardych okładkach i sprawiały wiele kłopotów, nie miałam nic – czym mogłabym je pociąć, musiałam pomagać sobie zębami, a czas naglił, bo Sowieci wtargnęli już do budynku Zarządu. Prawie cudem udało mi się zniszczyć te dokumenty i zatrzeć ślady swojego „dywersyjnego” działania. Po zajęciu przez Sowietów Urzędu pracowałam nadal, bo odmowa groziła więzieniem albo deportacją.

Po wielu dramatycznych przeżyciach mąż powrócił do domu. Pod rządami „wyzwolicieli” zaczęły się aresztowania, deportacje i zsyłki. Nasza rodzina szczęśliwie uniknęła prześladowania. Żyło nam się ciężko, ale byliśmy wszyscy razem, a to było w tych strasznych czasach najważniejsze. Życie biegło dalej, staraliśmy się żyć w miarę normalnie. W maju 1940 r. urodziłam córkę Krystynę. Nie wróciłam już do pracy. Zajęłam się domem i pomagałam mężowi w jego pracy konspiracyjnej. W międzyczasie Sowietów wyparli Niemcy. Pomimo sprzeciwu rodziny wstąpiłam do Armii Krajowej. Moja decyzja była decyzją świadomą i dobrze przemyślaną, miałam 37 lat, a więc byłam dojrzałą kobietą, doskonale zdającą sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmuję. Zaprzysiężono mnie w marcu 1943 r., przyjęłam pseudonim „Czcionka” i zostałam łączniczką w oddziale, którego dowódcą był Konstanty Tarasewicz, z zawodu nauczyciel. Tak rozpoczęłam swoją działalność w AK.

W naszym domu przechowywaliśmy różne materiały, nazywaliśmy je „aktami” i w zależności od terminu ich odbioru albo doręczenia były przechowywane na strychu lub w piwnicy. W domu, gdzie przebywała tylko najbliższa rodzina i nasza maleńka córeczka, rozmawialiśmy swobodnie używając konspiracyjnego żargonu. Jakież było nasze przerażenie, gdy któregoś dnia usłyszeliśmy jak nasza córeczka, bawiąc się lalkami, pytała je: „Które akta włożyć za belkę, a które schować w piwnicy ?”. Po tym zdarzeniu byliśmy bardzo ostrożni i zwracaliśmy baczną uwagę na to, żeby dziecko nie było świadkiem naszej działalności. Nie zawsze jednak było to możliwe. Nieraz, idąc z meldunkiem, zabierałam ze sobą córeczkę; uważałam, że kobieta z dzieckiem budzi mniejsze podejrzenia. Córka, pomimo swoich trzech lat, podświadomie wyczuwała, że uczestniczy w czymś bardzo ważnym, bo idąc spokojnie obok mnie, gdy tylko zobaczyła patrol niemiecki, zaczynała paplać jak najęta o lalkach, misiach i innych sprawach bardzo ważnych dla dzieci w jej wieku.

Praca łączniczki nie była łatwa. Zawsze sama, zdana tylko na siebie, nie mogłam oczekiwać żadnej pomocy ani wsparcia ze strony kolegów z oddziału. Zdarzało się, że szłam wiele kilometrów na próżno, bo nie zastałam osoby, do której niosłam meldunek (najczęściej ustny, bo tak było bezpieczniej). Odbiorcami meldunków byli przeważnie dróżnicy albo pracownicy kolei, których godziny pracy często były zmienne, nie mogąc przekazać meldunku, musiałam długo czekać, przez co wracałam do domu już po godzinie policyjnej. Zdarzało się, że na drugi dzień musiałam pokonywać tę samą drogę, a to było już bardzo niebezpieczne. Nie przerwałam działalności nawet,  gdy byłam w ciąży z następnym dzieckiem. Któregoś dnia, kiedy szłam ulicą z córeczką i niosłam w koszyku bardzo niebezpieczne materiały, minął nas oficer niemiecki i nagle usłyszałam za plecami „halt”. Zamarłam, pomyślałam „to już koniec”. Ostatkiem sił opanowałam paraliżujący mnie strach. Zatrzymałam się spokojnie. Niemiec podszedł do nas, wyciągnął z kieszeni czekoladę, kucnął przed moją Krystynką i podał ją jej, tłumacząc mi łamaną polszczyzną, że w domu ma też taką córeczkę i bardzo za nią tęskni. Na szczęście, zajęty dzieckiem, nie zauważył mojego przerażenia. Po tym zdarzeniu, ze względu na mój stan, powierzano mi mniej niebezpieczne zadania. W listopadzie 1943 r. urodziłam drugą córeczkę - Elżbietę.

Po wyparciu Niemców, Sowieci ponownie zajęli nasze tereny wschodnie i nie tylko. Oddziały AK nie przerwały swojej walki o wyzwolenie, tyle że już przeciwko innemu wrogowi. Coraz trudniej zresztą było odróżnić wroga od sojusznika. Zaczęły się „wsypy”, bardzo często zdradzali ludzie, do których miało się zaufanie i to było bolesne. Mojego męża aresztowano w lipcu lub sierpniu 1945 r., na szczęście nie za działalność w konspiracji, tylko za pracę u Niemców (jakby w czasie okupacji miał wybór u kogo pracować). Po aresztowaniu męża rodzina, znajomi i współtowarzysze walki namawiali mnie do wyjazdu do Polski (było to wtedy jeszcze możliwe). Nie podjęłam wtedy takiej decyzji ze względu na chęć bycia blisko męża. To był mój błąd, za który zapłaciłam poniewierką i katorgą.

Na dzień przed moim aresztowaniem przyszedł do mnie do domu mężczyzna podający się za członka naszej grupy, nie znałam go osobiście, ale też nie miałam powodu, by mu nie wierzyć. Znał nazwisko dowódcy i wiele faktów z działalności oddziału. Przyszedł, jak twierdził, żeby mnie ostrzec przed grożącym mi aresztowaniem. Chwalił się, ilu to już osobom pomógł uciec, a teraz sam potrzebuje pomocy w ukryciu się przed NKWD. Nie wierzyłam mu. Za bardzo był zdenerwowany i za mocno rozglądał się po mieszkaniu, tak jakby czegoś lub kogoś szukał. Udawałam, że nie bardzo wiem o co mu chodzi, żeby mnie przekonać podał mi swój pseudonim „Lis” (bardzo trafny). Okazało się, że człowiek ten wsypał całą naszą grupę i to była jego pomoc w ucieczce do łagrów. Nic mu nie powiedziałam. Udawałam, że nie rozumiem czego ode mnie oczekuje, ale niewiele mi to pomogło.

Na drugi dzień przyszli po mnie. Świat runął mi na głowę, straszna galopada myśli, czarna rozpacz przeplatała się z nadzieją, że może jakoś się z tego uratuję. Lęk o dzieci. Starsza córka uczepiła się mojego płaszcza i nie chciała puścić, krzyczała, że pójdzie z mamą, a młodsza stała w łóżeczku i robiła „pa, pa”. Myślałam, że serce tego nie wytrzyma. Wytrzymało, człowiek jest zdolny znieść znacznie więcej. Wyprowadzili mnie z domu, pożegnałam matkę, która kopała ziemniaki i poszłam ku swojemu przeznaczeniu. Szłam ze spuszczoną głową, modląc się, by nikt z moich znajomych do mnie nie podszedł, gdyż moi „towarzysze podróży” szli kilka kroków za mną,  licząc widocznie na to, że może jeszcze kogoś dopadną. Szczęśliwie nikt do mnie nie podszedł, tak dotarliśmy do Komendantury.

Wprowadzono mnie do środka Komendantury NKWD, zobaczyłam tam zdrajcę i wiele innych osób, które już wcześniej zachowywały się podejrzanie. Przykro powiedzieć, ale byli tam też Żydzi i Żydówki, którym pomagało się przetrwać okupację, a oni teraz w podzięce za to zdradzali nas i wydawali w ręce sowieckich oprawców. Zaczęła się gehenna wielogodzinnych przesłuchań, konfrontacji, straszenia biciem i torturami. Ja jakimś cudem uniknęłam bicia, chociaż wielokrotnie przesłuchujący mnie funkcjonariusz doskakiwał do mnie z pięściami, ale nigdy nie uderzył. Najgorszą torturą w czasie przesłuchań było wielogodzinne siedzenie na pieńku o średnicy kilkunastu centymetrów, bez prawa wykonywania najmniejszego ruchu. W tym czasie przesłuchujący bawił się rozłożonymi na stole narzędziami tortur. Były to metody mające doprowadzić do załamania psychicznego.

Po wstępnym przesłuchaniu przewieziono naszą grupę do więzienia w Grodnie i tu zaczął się następny akt tragedii. Osadzona zostałam w przepełnionych celach, w strasznych warunkach sanitarnych. Znów przesłuchania ciągnące się wiele godzin i wreszcie proces przed Trybunałem Wojennym. Proces? To nie był proces, tylko parodia procesu, ale nam wtedy nie było do śmiechu. Dowódca naszego oddziału Konstanty Tarasewicz podczas rozprawy brał całą winę na siebie, myślał, że w ten sposób uchroni nas od wyroku skazującego. Nic to nie pomogło, wszyscy dostaliśmy wysokie wyroki za zdradę ojczyzny (ale czyjej?). Mój wyrok brzmiał: 10 lat katorgi, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich i przepadek mienia (na szczęście takiego nie posiadałam). Po ogłoszeniu wyroku ogarnęła mnie rozpacz, że nie zobaczę więcej dzieci ani Mamy, a zarazem ulga, że koszmar się skończył, teraz już nie może być gorzej. Okazało się jednak, jak bardzo się myliłam.

Po zakończeniu rozprawy trafiłam z powrotem do więzienia w Grodnie. Tym razem do pustych, zimnych cel, choć wciąż pozbawionych nawet prymitywnych pryczy, tylko betonowa posadzka i brudne koce do okrycia. Okropne warunki sanitarne. Za wszelką cenę starałyśmy się z innymi więźniarkami utrzymać jako taką czystość, ale było to prawie niemożliwe, zaczęły atakować nas wszy. Głód był prawie nie do zniesienia, pomimo tego, że rodzina mogła podawać nam paczki z jedzeniem, otrzymywaliśmy marne resztki po tym, co rozkradła z nich służba więzienna.

Nadszedł grudzień (roku nie pamiętam), na dworze panował silny mróz, a nas przygotowywano do transportu do łagrów. Trwało to długo, stałyśmy na mrozie. Wreszcie ruszyłyśmy piechotą przez miasto, żegnane okrzykami „prawomyślnych” obywateli, którzy życzyli nam „polskim świniom” abyśmy zdechły w obozach, bo tam jest nasze miejsce. Dotarłyśmy do dworca kolejowego, gdzie czekały na nas brudne, bydlęce wagony. Do każdego wpychano po 40 osób. Było tak ciasno, że mogłyśmy tylko stać lub siedzieć z podkurczonymi nogami. W wagonach nie było prycz, a za ubikację służyła wycięta w podłodze dziura. Przez pierwsze trzy dni nie dostałyśmy nic do jedzenia, bo strażnicy uważali, że mamy zapasy dostarczone nam przez nasze rodziny. Podawali nam tylko gorącą wodę. W czwartym dniu naszej podróży zaczęto podawać nam gorącą zupę. To była cudowna odmiana. Po tygodniu dotarłyśmy do punktu „przeładunkowego” w Orszy. Zaprowadzono nas do więzienia. Po wielogodzinnym oczekiwaniu na korytarzach wpuszczono nas do cel, gdzie zostałyśmy przywitane obelgami przez znajdujące się tam kryminalistki. Ostrzeżone przez życzliwą osobę, pilnowałyśmy swoich rzeczy osobistych jak oka w głowie, by uchronić nasz i tak marny dobytek przed rozgrabieniem. W takich warunkach uwłaczających godności ludzkiej, ciągle lżone i terroryzowane doczekałyśmy pierwszej Wigilii.

Za stół musiały nam wystarczyć nasze worki przykryte prześcieradłem. Na ten „wspaniały”,  wigilijny stół powędrowały smakołyki, które każda z nas zachowała na tę właśnie okazję. Mnie udało się przemycić kawałek opłatka, który dostałam od matki na pożegnanie w Grodnie. Była to bardzo smutna uroczystość, a zarazem tak zaskakująca, że nawet nasze agresywne sąsiadki z celi zamilkły i zaczęły się żegnać i modlić razem z nami. Podzieliłyśmy się opłatkiem między sobą. Ja, trzymając opłatek, podeszłam do naszych prześladowczyń, zawahały się, ale przyjęły go i połamały się nim z nami. Od tego momentu miałyśmy już spokój. Nie trwało to długo, bo w drugi dzień Świąt wyruszyłyśmy w dalszą drogę.

W wagonach było już trochę luźniej, ale nadal nie było pryczy do spania, a ciasnota nie pozwalała położyć się na podłodze. Po jakimś czasie takiej podróży, w coraz większym mrozie, dano nam do wagonu piecyk. Mogłyśmy się trochę ogrzać. Niedługo trzeba było go oddać do następnego wagonu, bo tam też marzli ludzie. Po wielu dniach takiej koszmarnej podróży dotarłyśmy do celu, do Archangielskiej Obłasti, w której znajdowało się wiele łagrów. Pociąg zatrzymał się w szczerym polu, wkoło były tylko śnieg i zaspy po pas. Wysiadłyśmy z pociągu, każda z nas ze swym skromnym dobytkiem i podążyłyśmy ku swemu przeznaczeniu. Nasze zesztywniałe od braku ruchu nogi nie bardzo chciały się poruszać, co bardzo denerwowało strażników. Ponaglali nas krzykami, popychali kolbami i szczuli psami. Jeden z psów rzucił się na mnie, na szczęście skończyło się tylko na podartym ubraniu i strachu, ale uraz pozostał. Do dziś boje się psów, nawet tych małych.

Tak rozpoczęła się moja dziesięcioletnia katorga. Nie chcę się o tym rozpisywać, bo moje losy podobne są do losów tysięcy zesłanych Polaków. Ciężka praca, głód, choroby, tęsknota za bliskimi. Utrata nadziei na odmianę losu przeplatała się z nadzieją, że będzie jeszcze dobrze, że powrócę do rodziny, do dzieci, do Polski. W trudniejszych chwilach na zesłaniu pomagała mi modlitwa, w Bogu zawsze miałam nadzieję, ufność i wiarę w to, że mnie nie opuści i nie zawiodłam się.

Po odsiedzeniu wyroku wyszłam na tak zwaną wolność. Była to wieczysta zsyłka bez prawa opuszczenia Workuty, do której rzuciły mnie losy w ostatnim okresie mojej obozowej gehenny. „Wystawiona” na wolność za bramę obozu, bez dachu nad głową i środków do życia, musiałam znaleźć jakąś pracę i kąt do mieszkania. Znalazłam pracę jako opiekunka do dzieci u sowieckiego oficera. Miałam szczęście, trafiłam na człowieka prawego, dzięki któremu udało mi się szczęśliwie wrócić do Polski, do moich dzieci.

Po powrocie nie dane mi było cieszyć się całą rodziną. Mój mąż, który wrócił z obozu pięć lat wcześniej, ułożył sobie życie od nowa. Nie winię go za to, wszystkiemu winna była wojna i nasza długa rozłąka. Po powrocie do Kraju najważniejsze dla mnie było to, że odzyskałam dzieci, choć one były już prawie dorosłe. Pobyt w obozie odebrał mi radość patrzenia, jak się rozwijają i jak dorastają. Rozpoczęło się nasze trudne, biedne, ale i bardzo szczęśliwe życie. Byliśmy razem. Kiedy dziś wspominam te lata, cieszę się, że miałam siłę, żeby to wszystko przetrwać. Także tę moją drugą „katorgę” – walkę o byt, o wychowanie i wykształcenie dzieci.

Wspomnienia pochodzą z Kwartalnika Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK nr 4(21)/2001

Rok 1939. Wypoczęci, opaleni, z głowami wypełnionymi jeszcze wakacyjnymi pomysłami psot i figli udaliśmy się rano 1 września 1939 roku do szkoły. Niestety, okazało się, że w tym roku nauki nie rozpoczęliśmy. Dyrektor szkoły ogłosił, że wybuchła wojna i zajęcia szkolne zostały odwołane. Powiało grozą, chociaż my – psotne wyrostki – nie mieliśmy wówczas pojęcia o dramacie nastałej sytuacji. Słowo „wojna” było dla nas jedynie hasłem z dziecięcych zabaw. Czas przyszły miał nas dopiero okrutnie doświadczyć i pokazać cały ogrom ludzkich nieszczęść i dramatów, nieszczęść i dramatów całych narodów.

Byłem wówczas (a raczej miałem być) uczniem klasy siódmej. Mieszkałem wraz z rodzicami i rodzeństwem (trzy siostry: Marysia, Lodzia, Wanda) na terenach kresowych Polski w miasteczku Lubcza nad Niemnem. Po wybuchu wojny władza polska trwała do 17 września. Po upływie tego czasu wkroczyli Rosjanie. Na wiadomość o tym całą rodziną wyjechaliśmy do odległej o 30 km wsi Ruda, gdzie mieszkali rodzice mojej mamusi, Maria i Jan Urbanowiczowie. Mama zajęła się szyciem, a dzieci pomagały w gospodarstwie. Tatusia nie było z nami, gdyż już wcześniej, tj. 16 września schronił się na Litwie. Był on urzędnikiem państwowym i musiał uciekać przed żołnierzami radzieckimi.

Wkrótce nadeszła pierwsza wojenna zima, a NKWD zaczęło wywozić miejscową ludność na Sybir. Nam na szczęście udało się schronić przed wywiezieniem dzięki częstym zmianom miejsca zamieszkania.

Rok 1940. Mamusia w dalszym ciągu obszywała całą naszą rodzinę i okolicznych sąsiadów; dzieci pomagały w pracy na roli. Rok ten upłynął w miarę spokojnie. NKWD parę razy ponawiało próby wywiezienia nas na Sybir, jednak jak dotąd bezskutecznie. W porę ostrzeżeni korzystaliśmy z wcześniej już wypróbowanej metody obrony. Otóż dom dziadków stał tyłem do pobliskiego wiejskiego cmentarza. Na znak, że zbliża się NKWD udawało mi się zawsze czmychnąć tylnym oknem na cmentarz. W ten sposób przyszło mi wiele razy nocować na cmentarzu. Mamusia z siostrami w dalszym ciągu chroniły się przez częste zmiany adresu. Jednak w pewnym momencie to ciągłe uciekanie zmęczyło je. Mamusia pogodziła się w myślach z perspektywą wywózki na Sybir i postanowiła dzielnie czekać na to, co los przyniesie.

Rok 1941. Wichry wojny zaczęły nas wciągać w rozszalałą już na dobre wojenną zawieruchę. Na trzy dni przed wybuchem wojny między Związkiem Radzieckim a hitlerowskimi Niemcami, tj. 19 czerwca, do naszego domu wkroczyło niespodziewanie NKWD. Mnie po raz któryś z rzędu udało się uciec tylnym oknem na pole i dalej do lasu. Niestety, Mamusię i dwie młodsze siostry – Lodzię i Wandę – NKWD aresztowało (najstarsza siostra Marysia w tym czasie przebywała w Wilnie. Miała tam pracę, a mieszkała u znajomych). Dali im 2 godziny na spakowanie podręcznego bagażu i wiejskimi wozami przewieźli do stacji kolejowej Niemen. Następnie bydlęcymi wagonami NKWD wywiozło moją rodzinę wraz z innymi aresztowanymi w głąb Rosji na Sybir (Ałtajski Kraj). Tak więc, mając 15 lat, zostałem nagle pozostawiony sam sobie, zdany na własny spryt, własną przebiegłość, własny rozsądek. Rozpocząłem moją własną wojnę, która zakończyła się dla mnie wielkim osobistym dramatem.

Również w tym roku, na drugi dzień po uderzeniu Niemiec na Związek Radziecki, tj. 22 czerwca, zginął zastrzelony o świcie mój Dziadek - Jan Urbanowicz. Doszło do tego w następujący sposób: dziadek codziennie rano wyganiał krowy na łąki. Tak też było i tego dnia. Tym razem jednak krowy pasły się na poboczu torów, po których spokojnie spacerował sobie dziadek. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w tym momencie nadeszli Niemcy i zauważyli spacerującego dziadka. Krzyknęli parę razy, aby się usunął. Dziadek był już ponad osiemdziesięcioletnim starcem i nie dosłyszał niemieckich okrzyków, spokojnie dalej pasąc krowy. Niemcy puścili krótką serię z karabinu maszynowego. W taki sposób zginął mój dziadek, kończąc swe długie, pracowite życie.

Pod koniec 1942 roku powstała we wsi konspiracyjna placówka AK, która liczyła sobie ok. 15-20 chłopców. Zaraz na początku jej działalności zostałem wciągnięty do konspiracji przez kolegów, którzy darzyli mnie zaufaniem. Główną siedzibą naszej placówki była kwatera, która znajdowała się we wsi Brzozówka oddalonej o 6 km od Rudy. W Brzozówce znajdowała się huta szkła, której właścicielem był pan Stohle. Nieco dalej, za Niemnem, było Hołdowo, gdzie mieścił się sztab 77 Nadniemeńskiego Pułku Piechoty AK. Na początku mojej konspiracyjnej pracy powierzono mi funkcję łącznika między Brzozówką a Hołdowem.

Rok 1943. Na przełomie lat 1942/1943 Niemcy z większą częstością zaczęli przeprowadzać łapanki, co zmusiło naszą placówkę do wstąpienia do partyzantki, tj. do regularnego oddziału AK. Pod koniec roku  zostaliśmy wysłani na dwa miesiące do kompanii szkoleniowej. Ze względu na konspirację zajęcia odbywały się w różnych miejscowościach. Po zakończeniu szkolenia zostałem wcielony do regularnej jednostki bojowej AK.

Rok 1944. Pod koniec lutego 1944 roku, mając 17 lat, przeszedłem swój chrzest bojowy pod wsią Bogdanka. Było to starcie z policją białoruską, a chodziło w nim o pomoc dla polskich oddziałów przebijających się spod Nowogródka w kierunku Lidy, tj. na tereny działalności i wpływów AK. W skład tych oddziałów wchodzili Polacy, którzy wcześniej byli zmuszeni do wstąpienia w szeregi niemieckiej policji. W końcu jednak sprzykrzyła się im ta przykra służba i na umówiony znak rozbroili swe oddziały, udając się w kierunku, idących im na pomoc, naszych oddziałów AK. W starciu zginęło dwóch partyzantów. Na drugi dzień po bitwie, nocą, łodziami i tratwami przeprawiliśmy się na prawy brzeg Niemna. Z Polaków, którzy rozbroili Niemców, została utworzona samodzielna kompania pod nazwą „Bogdanka”. Dalsza działalność w AK polegała na tym, że razem z kolegami zdobywaliśmy broń, mundury, zajmowaliśmy się aprowizacją i strzegliśmy ludność cywilną.

Pod koniec czerwca nasza kompania, licząca ok. 100 osób, otrzymała rozkaz wymarszu w kierunku Wilna. Marsz trwał ok. 10 dni, gdyż w tym czasie panował duży ruch wśród Niemców, którzy wycofywali się. W odległości ok. 20 km od Wilna przekroczyliśmy linię frontu i tu nastąpiło powitanie z Rosjanami oraz postój. 17 lipca rano nieoczekiwana pobudka postawiła nas na nogi. Dostaliśmy rozkaz, aby udać się dalej w kierunku Wilna w celu koncentracji polskich oddziałów, ale już w drodze otrzymaliśmy wiadomość, która wzburzyła krew w naszych żyłach: Rosjanie rozbrajają  polskie oddziały partyzanckie. Wówczas to nasz dowódca polecił nam, abyśmy się skupili w pobliskim lesie i zaproponował, że kto ma blisko rodzinę, niech uda się do domu, a pozostali mogą próbować przebić się przez Puszczę Rudnicką do Warszawy. W tej sytuacji, w kompanii pozostał pluton, w którym również i ja pozostałem.

Po dotarciu do Puszczy Rudnickiej okazało się, że NKWD obstawiło już wszystkie przejścia w puszczy. O zamknięciu przejść dowiedzieliśmy się od polskich oddziałów wracających z puszczy i kierujących się w kierunku Wilna w celu poddania się. W tej sytuacji nie pozostawało nam nic innego jak dołączyć do innych polskich oddziałów. Dla mnie, osiemnastoletniego chłopca, wizja aresztowania i więzienia był straszna, a jej realność z każdą godziną przybliżała się coraz bardziej: im bliżej Wilna, tym bliżej więzienia. Wydawało mi się wtedy, że już nic gorszego nie może mnie spotkać w marszu do niewoli. Postanowiłem, że ucieknę, że nie pozwolę, aby mnie to piekło pochłonęło.

Tak więc ogarnięty strachem przed aresztowaniem lub rozstrzelaniem, uciekłem i udałem się do wsi Ruda nad Niemnem, gdzie ukrywałem się u cioci. W dniu 18 listopada 1944 r. w domu pojawiło się niespodziewanie NKWD, aresztowało mnie i osadziło w celi więziennej w Nowogródku. Tam też odbył się proces i wydano na mnie wyrok. Ciekawe jest to, że aresztowano mnie pod zarzutem zdrady ojczyzny z artykułu 63-1a Kodeksu Karnego BSSR. Był to zarzut bzdurny i wyssany z palca. Byłem Polakiem, a nie Białorusinem, urodziłem się w Polsce, zawsze mieszkałem na ziemiach polskich i podlegałem prawu polskiemu, a nie białoruskiemu. Jednak NKWD miało już wcześniej dokładnie opracowane metody nękania i wykańczania ludzi pod płaszczykiem prawa i legalności tak, że na zewnątrz wszystko wydawało się być w jak najlepszej zgodzie z prawem. Tak więc, ponieważ nie można było mi postawić zarzutów o działalność przeciwko ZSRR, postawiono mi zarzut zdrady ojczyzny, gdyż moja Polska – tereny na których się wychowałem i ludzie, którzy na nich mieszkali - należała już do ZSRR. Uznany zostałem więc za więźnia politycznego, udowodniono mi zdradę ojczyzny i skazano na 10 lat pozbawienia wolności i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. Wyrok został wydany w marcu 1945 roku przez Wojenny Trybunał Wojsk NKWD w Nowogródku. Cały proces odbywał się w celi więziennej i wyrok również mi oznajmiono w tym miejscu.

Tak więc rok 1945 stał się rokiem, w którym rozpoczęła się moja powojenna tułaczka. Wielu milionom ludzi przyniósł on zakończenie wojny, radość i szczęście z powrotu do domu, a dla wielu tysięcy Polaków stał się początkiem tragedii. Walcząc w AK, nie oczekiwaliśmy żadnych nagród i podziękowań, ale nie oczekiwaliśmy za to aresztowań, więzień, rozstrzelań i prześladowań. Dla wielu z nas ta wojna trwała jeszcze wiele lat po jej zakończeniu i niestety  nie liczyło się w niej to, że my również walczyliśmy o Polskę, o wolną Polskę dla siebie i dla wielu swoich najbliższych.

Po otrzymaniu wyroku, jeszcze w tym samym miesiącu przewieziono nas do stacji kolejowej Nowojelnia. Tam załadowano nas w wagony pulmanowskie z zakratowanymi oknami i przewieziono do Orszy. Tam byłem więziony 2 miesiące. Spotkałem się tam z siostrą Marią, która za to, że była łączniczką AK również otrzymała wyrok 10 lat pozbawienia wolności. W tutejszym więzieniu zastała nas też wiadomość o zakończeniu wojny. Pod koniec maja 1945 r. ruszyliśmy w dalszą podróż, której kres był jeszcze bardzo odległy. Wszystkich mężczyzn załadowano w bydlęce wagony i stały się one naszym domem na półtora miesiąca. Tyle bowiem trwała podróż do Buchty Nachodki niedaleko Władywostoku. W czasie jej trwania byliśmy bardzo słabo odżywiani: otrzymywaliśmy jeden gorący posiłek raz na trzy dni, a podstawowym naszym menu była suszona ryba i chleb lub suchar popijane wodą. W tamtych czasach cieszyliśmy się i z tego. Każde jedzenie było lepsze niż dokuczliwy głód, który było nam dane niejednokrotnie dokładnie poznać. Na stacjach kolejowych mieliśmy czasem postoje i wtedy mogliśmy trochę pospacerować. Spacery odbywały się na placu otoczonym gęsto ustawionymi żołnierzami NKWD, co nie najlepiej wpływało na nasze nastroje i samopoczucie. Nie byliśmy przecież żadnymi przestępcami ani kryminalistami – byliśmy żołnierzami AK, co brzmiało tak dumnie, tyle tylko, że wyłącznie dla nas.

W Buchcie Nachodce zakwaterowano nas na dwa tygodnie w tamtejszym obozie. Po upływie tego czasu kontynuowaliśmy podróż pod pokładem statku „Sowietskaja Gawań”. Była to mordercza podróż, chociaż trwała tylko 7 dni. Był to przecież środek lata (przełom lipca i sierpnia), a więc pod pokładem było duszno, parno, gorąco. Podróż jeszcze bardziej czynił dokuczliwą ciągły brak pitnej wody, którą nam dawano w bardzo ograniczonych ilościach. Na pokład wypuszczano nas tylko raz dziennie i to tylko po to, abyśmy się mogli załatwić w prowizorycznej latrynie ustawionej na ten czas na pokładzie. Zauważyłem wówczas, że na pokładzie były ustawione działa przeciwlotnicze.

Morską część podróży zakończyliśmy w Magadanie na Kołymie. Poddano nas tam badaniom lekarskim, umundurowano w ubrania więzienne i ruszyliśmy dalej w drogę. Tym razem samochodami, a jechaliśmy tym razem „tylko” 3 dni. W ten sposób dotarliśmy na Indigirkę, gdzie był kres naszej długotrwałej podróży. Ku naszemu zdziwieniu nie było tam żadnego obozu, jedynie teren otoczony drutem kolczastym i namioty. Obóz mieliśmy dopiero stworzyć my – więźniowie, sami dla siebie. Podzielono nas na dwie grupy: jedna grupa otrzymała jako główne zadanie budowę baraków, a druga zajęła się wydobywaniem złota w kopalni odkrywkowej. Najgorsza i najcięższa praca była w kopalni w okresie zimowym. Pracowaliśmy wówczas przy mrozach -50 st. C do -60 st. C i nic nas nie mogło zwolnić z tego obowiązku. Dopiero gdy temperatura przekroczyła magiczną liczbę -60 st. C nie szliśmy do pracy w kopalni. Nie oznaczało to, że nie będziemy pracować w ogóle. W takie dni szliśmy do lasu, aby zbierać opał do naszych baraków.

Na czym polegała praca w tej kopalni? W okresie od końca września do maja na obszarze 2-3 hektarów kopaliśmy tzw. „szufry”. Były to prostokątne doły rozstawione w odległości 3 m od siebie i o głębokości 2-3 m, tj. do głębokości zalegania warstwy złota. Gdy wszystkie były już gotowe w czterech rogach szurf zakładaliśmy ładunek wybuchowy i jednocześnie cały obszar był wysadzany. Odbywało się to zazwyczaj na przełomie kwietnia i maja. Następnie na wysadzony teren wjeżdżały spychacze i zgarniały ziemię. W pozostałe miesiące roku, tj. od maja do końca września wydobywaliśmy złoto na wcześniej już przygotowanym terenie. Przy przekroczeniu dziennej normy wydobycia podnoszono nam dzienną normę chleba do 800-1200 g dziennie; natomiast przy nie wyrobieniu normy (co zdarzało się bardzo często, o wiele częściej niż dni z przekroczeniem normy) normę dzienną chleba i kaszy obniżano.

Co się tyczy warunków higienicznych, to były one bardzo złe. Z początku musieliśmy spać w ubraniach dziennych. Dopiero po paru miesiącach wydano nam po jednym kocu, jednej powłoczce i jednej poduszce oraz worku do wypchania sianem. Nie dbano również o naszą kondycję fizyczną, gdyż dzienne racje żywnościowe były bardzo skąpe. Więźniowie z grupy wydobywającej złoto musieli po pracy iść jeszcze do lasu, gdzie rąbali i nosili drewniane bele na budowę baraków. Razem więc pracowaliśmy 14-16 godzin dziennie.

Będąc tak traktowani, byliśmy osłabieni i wycieńczeni, dodatkowo nękani jeszcze chorobami. Panowała wśród nas choroba zwana „cyngą”, która prawdopodobnie była spowodowana brakiem witamin. Liczne były również przypadki „kurzej ślepoty”. Ludzie masowo umierali, a najwięcej zgonów było wśród inteligencji i ludzi starszych. Ja sam również ciężko chorowałem, wpadłem w anemię i przy wzroście 178 cm ważyłem zaledwie 36 kg. W tym obozie, o ile sobie przypominam, przebywałem nieco ponad rok.

Rok 1946. Jesienią z obozu w Indigirce przeniesiono mnie do innego obozu, 77 kilometrów w kierunku Magadanu, z zamiarem przyuczenia do zawodu hutnika szklarza. Byłem jednak za bardzo osłabiony, aby wykonać jakąkolwiek pracę i skierowano mnie do obozowego szpitala. Przebywałem w nim ok. pół roku, gdyż oprócz anemii leczono mi stopy, odmrożone wcześniej w kopalni złota. Spotkałem tam pana Szapiro, bardzo życzliwego człowieka, który był Żydem polskiego pochodzenia. W 1939 roku musiał uciekać przed Niemcami do Rosji, gdzie następnie był aresztowany jako szpieg i skazany na 10 lat więzienia. W szpitalu obozowym został mianowany kierownikiem gospodarczym i miał pewne wpływy. Dlatego też mógł mi pomóc w zaangażowaniu mnie w szpitalu, gdzie jako sanitariusz przepracowałem ok. 8 miesięcy. W tym czasie stan mojego zdrowia uległ znacznej poprawie, przytyłem i odzyskałem pełnię sił. Wobec tego ponownie skierowano mnie do pracy w odkrywkowych i głębokich kopalniach złota. Pracowałem również w fabryce przeróbki rudy złota i odzysku złota oraz przy chałupniczym wydobyciu złota.

Po zakończeniu sezonu przyszedł rozkaz, aby oddzielić więźniów politycznych od kryminalnych, i dla więźniów politycznych (wśród których i ja byłem) stworzono odrębny obóz o zaostrzonym reżimie. Zaostrzony reżim przejawiał się m.in. w tym, że na noc zamykano nam baraki, a numery obozowe (mój numer 836) mieliśmy od tej pory wypisane w trzech miejscach: na czapce z przodu, z tyłu na kufajce i na jednej nogawce od spodni z przodu. Dojście do pracy, tym razem do głębokiej kopalni złota i powrót z niej, odbywał się pod wieloosobową eskortą uzbrojonych żołnierzy z psami. W drodze powrotnej do obozu na portierni przeprowadzano rewizję osobistą i zabierano nam jedzenie. Otrzymywaliśmy je czasami od wolnonajemnych kolegów z kopalni, gdyż i tacy tam pracowali.

Głębinowa kopalnia złota miała ok. 100-120 m głębokości i usytuowana była równolegle do żyły złota. W samej kopalni było bardzo duszno i chociaż na dworze było -60 st. C, to w kopalni na głębokości 100 m była już temperatura dodatnia. Oczywiście nie było mowy o żadnych warunkach bezpiecznej pracy i każdą chwilę pracy ryzykowaliśmy własnym życiem. Dodatkowo pracowałem również przy wydobyciu złota z wyrobisk pomaszynowych. Dawano nam korytka do ręcznego wypłukiwania złota, wypuszczano do wyrobisk pomaszynowych i tam ręcznie przepłukiwaliśmy złotonośny piasek, wyszukując grudki złota.

Tak więc w latach 1945-1952 byłem w wielu obozach i pracowałem w różnych kopalniach złota. Z perspektywy czasu jako najgorsze wspominam lata 1946-1947. Były to ciężkie lata, gdyż zapadłem na zdrowiu, a i moja kondycja psychiczna również była nie najlepsza. Byłem wówczas załamany, zawiedziony i rozżalony, wątpiący w sens życia, wątpiący w to, że kiedykolwiek jeszcze nadejdą lepsze czasy. Udało mi się jednak zebrać wewnętrznie i przetrwać, chociaż wielu moich towarzyszy poddało się rozpaczy. Wielu spośród nich, pod wpływem całkowitego załamania dokonywało samookaleczeń (po to tylko, aby przez jakiś czas być zwolnionym z obowiązku wychodzenia do morderczej pracy) lub popełniało samobójstwo.

Pracując w wielu obozach i mając kontakt z różnymi ludźmi, napatrzyłem się na wiele ludzkich nieszczęść. Ciężka praca, złe odżywianie, brak nadziei na jakąkolwiek przyszłość powodowały obniżenie morale ludzi. Sprawiły, że u wielu spośród nich zanikały wszelkie uczucia, a w świadomości trwał tylko jeden instynkt: instynkt przetrwania. Ludzie kierowali się nim i oczywisty zdaje się być fakt, że w stosunkach między więźniami nierzadko jedynym prawem było prawo dżungli. Sam osobiście doświadczyłem tego na sobie. Otóż, gdy staliśmy w kolejce po zupę, podszedł do mnie wysoki, mocno zbudowany i dosyć dobrze umięśniony mężczyzna z żądaniem, abym go wpuścił przed siebie. Rzecz jasna, że odmówiłem, bo zgoda byłaby równoznaczna z możliwością pozostania bez obiadu w ogóle. Na moją odmowę zareagował błyskawicznie w ten sposób, że chwycił mnie za barki, uniósł w górę i rzucił prosto na wkopany w ziemię kołek. Poczułem ostry ból w lewym boku, który uporczywie powracał jeszcze przez wiele miesięcy od daty tego zajścia. Dużo później, będąc już w Polsce, podczas jednej z wizyt u lekarza, stwierdził on, że w młodości miałem złamane jedno z lewych żeber.

Lata 1952-1955. Minęło już 8 lat od chwili mego uwięzienia, z czego ponad 7 spędziłem na Syberii na Kołymie. W miesiącu październiku 1952 poinformowano mnie, że za dobrą pracę, tj. systematyczne przekraczanie dziennych norm wydobycia, wyrok mój zmniejszono o 2 lata. Szczęście moje nie znało wówczas granic, tym bardziej, że było tak nieoczekiwane. Będę wolny! Nic innego nie mogło brzmieć w tym momencie piękniej. Niestety, przyszłość miała pokazać, jak złudna i krótka była to chwila szczęścia. Po wyjściu z łagru  zawieziono nas (było nas więcej z taką rozbudzoną nadzieją na wolność) do powiatowego miasta Jagodnaja, gdzie była siedziba NKWD i oświadczono mi tam, że dodatkowo skazano mnie na zsyłkę na czas nieokreślony z określonym miejscem zamieszkania, gdzie miałem się meldować co dwa tygodnie w miejscowym organie NKWD. Nic gorszego nie mogłem w tym momencie usłyszeć. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy nie była to dodatkowa forma represji, takie psychiczne znęcanie się nad ludźmi. Wszystkie marzenia i plany na przyszłość, tak jak szybko powstały, tak momentalnie legły w gruzach.

Zesłano mnie na Daleką Północ do miejscowości Orotukan, niedaleko rzeki Kołyma, gdzie zostałem zatrudniony za wynagrodzeniem w Fabryce Naprawczej Urządzeń Górniczych. Zakwaterowano mnie w hotelu robotniczym, gdzie mieszkałem w pokojach 20-osobowych. Ponieważ nie miałem żadnego zawodu (w momencie wybuchu wojny miałem przecież być uczniem klasy siódmej, a później już nie było możliwości nauki zawodu w ogóle) skierowano mnie do transportu fabrycznego. Nie dano mi jednak ani ubrania fabrycznego, ani też żadnej zaliczki pieniężnej na życie. Bez żadnej nadziei na przyszłość, bez pieniędzy, w jednym waciaku do pracy, na co dzień i na święto przeżywałem po raz drugi głęboki kryzys.

W tych trudnych chwilach spotkałem w fabryce kolegę z obozu, który otoczył mnie troskliwą opieką i udzielił szerokiej pomocy, na jaką tylko było go stać w tych warunkach. Kolega pracował tutaj już pół roku i miał pewne znajomości zarówno w fabryce, jak i w mieście. Mógł więc załatwić mi pracę, co też uczynił. Zostałem zatrudniony w Fabryce Budowy Maszyn i Urządzeń Energetycznych, która mieściła się w tym samym mieście. Kierownikiem fabryki była starsza pani. Darzyła ona więźniów politycznych szczerą sympatią i umożliwiła mi naukę zawodu elektryka-montera, bez odrywania się od pracy. Tak więc zostałem skierowany do wysoko wykwalifikowanego pracownika, z którym pracowałem i jednocześnie uczyłem się w szkole wieczorowej. Bardzo mi zależało, aby się czegoś nauczyć, zdobyć zawód, albowiem miałem już przecież 26 lat. Moje starania zaowocowały, gdyż już po dwóch latach zostałem mianowany brygadzistą zespołu elektryków – elektromonterów, przydzielono mi samochód – warsztat i na podstawie przepustki mogłem jeździć po całej Kołymie, przeprowadzając wszelkie naprawy urządzeń energetycznych.

Tak więc jest rok 1955 – jest to już jedenasty rok od momentu, gdy mnie aresztowano, a trzeci na zsyłce. Uczęszczając do szkoły wieczorowej, zapoznałem się z oficerem frontowym NKWD, który również się dokształcał. Był to człowiek dobrego serca. Podpowiedział mi, abym zaczął czynić starania o wyjazd do Polski, w czym zresztą bardzo mi pomógł. Jednak warunkiem uzyskania zgody na taki wyjazd było udowodnienie, że się posiada rodzinę w Polsce, która z kolei musiała przysłać pisemne zapewnienie, że mnie przyjmie i da mi pełne utrzymanie po powrocie. Kontakt z rodziną, przebywającą po tułaczce syberyjskiej w Polsce w Zielonej Górze, nawiązałem już wcześniej i w tej chwili oczekiwałem na efekty działań ze strony mamusi i dwóch sióstr. Po dłuższym, beznadziejnym już oczekiwaniu, nadeszła wiadomość z NKWD, że w ciągu 24 godzin mam się rozliczyć z zakładem pracy i zameldować w wojewódzkim Urzędzie NKWD w Magadanie. Żadna, inna wiadomość nie była w tym momencie tak ważna. Marzyłem o niej przez tysiąc nocy i dni, i oto marzenia spełniły się jak w najcudowniejszej bajce. Będę wolny, jestem wolny. Aż bałem się uwierzyć, że to prawda, że to nie sen. Ale tym razem los już nie zakpił sobie ze mnie tak, jak to było trzy lata temu i okazało się, że naprawdę będę wolny, że już jestem jedną nogą na wolności. Gdy przyjechałem do Magadanu okazało się, że jest nas więcej, bo ok. 150 osób, wyłącznie Polaków. Załadowano nas na statek towarowo-osobowy, o warunkach bardziej znośnych niż prawie jedenaście lat temu i ruszyliśmy w drogę powrotną, drogę do wolności.

Tym razem podróż z Magadanu do Buchty Nachodki trwała 6, a nie 5 dni, gdyż była akurat sztormowa pogoda. Była to jesień, koniec października, czas wiatrów i deszczów, wichur i burz. Muszę dodać, że gdy przybyliśmy do Buchty Nachodki, to witała nas orkiestra dęta. Przy dźwiękach orkiestry dętej żegnano nas także w Magadanie. Przypominam sobie, że był to zwyczaj często stosowany przez Rosjan. W niektórych kopalniach, w których dane było mi przebywać, orkiestry dęte żegnały i witały więźniów wychodzących do pracy w kopalni i powracających z niej.

W Buchcie Nachodce prosto z portu przewieziono nas do poczekalni na dworcu kolejowym, gdzie szybko urządzono dla nas prowizoryczny kiosk spożywczy. Był on świetnie zaopatrzony, wszystkiego było w bród (nawet owoce południowe), ale zaopatrzyć w nim mogli się tylko i wyłącznie byli więźniowie polityczni (a byli to sami Polacy). Postój w dworcowej poczekalni trwał ok. 8 godzin. Po upływie tego czasu kontynuowaliśmy naszą podróż, tym razem pociągiem, a miejscem docelowym był Chabarowsk. W Chabarowsku znowu się zatrzymaliśmy, ale tym razem postój był dłuższy, bo trwający ok. 1 tygodnia, a czas upłynął nam na oczekiwaniu na rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej. Mieszkaliśmy wówczas w hotelu wojsk NKWD. W dniu rocznicy byliśmy na placu defilad i oglądaliśmy defiladę. Pracując w kopalniach bądź w innych miejscach, każdy z nas musiał dobrowolnie – obowiązkowo przeznaczyć jedną pensję w roku na tzw. pożyczkę narodową, tj. na odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych. W zamian otrzymywaliśmy wówczas obligacje, które teraz po zakończeniu obchodów rocznicy, wymieniano nam na pieniądze.

Czując się bogaczami, 10 listopada ruszyliśmy w dalszą podróż. Załadowano nas w wagony osobowe, które dołączono do pociągu towarowego. Podróż pociągiem trwała ok. 1 miesiąca i 10 dni. W czasie jej trwania otrzymywaliśmy codziennie na dworcach kolejowych jeden gorący posiłek. Pozostałe posiłki przygotowywaliśmy sobie sami i na ten cel wypłacano nam pieniądze w ilości 10 starych rubli dziennie. Z przygotowaniem posiłków nie było większych problemów. Na każdej stacji kolejowej można było zaopatrzyć się we wrzątek, tzw. kipiatok, który był za darmo. Mogliśmy więc zaparzyć sobie herbatę lub sporządzić inny jakiś ciepły napój. Ponieważ posiadaliśmy suchy prowiant zakupiony za otrzymane wcześniej pieniądze, mogliśmy więc zjadać normalne posiłki.

W trakcie tej części podróży mieliśmy dwa razy nieoczekiwane wizyty. Pierwsza z nich była w Moskwie. Do pociągu wszedł przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wypytywał nas o to, jak przebiegała podróż, jakie mamy skargi i zażalenia. Towarzysze niedoli zgłaszali swoje uwagi, ale wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że była to tylko czysta formalność. Drugą, tym razem nocną wizytę odbieraliśmy przed Lwowem. Do pociągu wsiedli pracownicy NKWD i zażądali, abyśmy zwrócili wszystkie dokumenty związane z pobytem w obozach pracy i na zsyłce. Wolno nam był zatrzymać tylko dokumenty z pracy na wolności. Pozbawiono nas w ten sposób jakichkolwiek dokumentów z naszej męki i cierpień, możliwości żądania wyrównania krzywd moralnych i fizycznych, ukradziono nam po prostu po kilka (w moim przypadku aż 11) lat życia, a potraktowano nas i te fakty jakby ich w ogóle nie było.

Granicę przekraczaliśmy w Przemyślu. Płakaliśmy ze szczęścia i radości, że jesteśmy w kraju rodzinnym. Koledzy ściskali WOP-istów [w PRL służba graniczna nosiła nazwę  Wojska Ochrony Pogranicza – przyp. red.] i całowali ziemię ojczystą. W Polsce otoczono nas troskliwą opieką. Wstępnie umieszczono nas w koszarach wojskowych w Przemyślu. Następnie zbadano nas szczegółowo i osoby wymagające leczenia skierowano do odpowiednich szpitali i sanatoriów. Kto nie miał rodziny, dostawał na własność ziemię lub inną materialną pomoc w zależności od zawodu i umiejętności. Wszyscy dostali po 1000 zł bezzwrotnej zapomogi i bezpłatne bilety do miejsc docelowych. Udałem się więc do najbliższej rodziny zamieszkałej w Zielonej Górze – było to 5 grudnia 1955 roku. Jakie szczęśliwe i miłe były te chwile powitań! Byłem wolny, byłem wśród swoich, mogłem decydować sam o sobie i sam za siebie. Zamieszkałem u siostry Wandy, u której mieszkała też moja mamusia. Postanowiłem, że zostanę na stałe w Zielonej Górze. Trzy miesiące nie pracowałem, odpoczywałem i dochodziłem do siebie. Po upływie tego czasu podjąłem pracę w Wytwórni Wódek, gdzie przepracowałem 8 miesięcy. Następnie od 1 stycznia 1957 roku do połowy 1965 roku pracowałem w Przemyśle Terenowym na etacie elektryka. W drugiej połowie 1965 roku podjąłem pracę  w Spółdzielni Pracy „Inspra”, w której przepracowałem do 1981 roku, tj. do czasu pójścia na emeryturę.

Ja, Natalia Zarzycka z domu Odyńska, urodziłam się 27.07.1927 r. w Holi, wsi, która obecnie leży na terenie Białorusi. Byłam czwartym z dziewięciorga dzieci Teodory i Feliksa Odyńskich. We wsi Hola mieszkaliśmy do 1933 r., a do przeprowadzki do Brześcia zmusiły nas nieurodzaje, które trwały od 1930 r.

Do szkoły podstawowej poszłam w wieku 6 lat, gdyż umiałam zarówno liczyć do tysiąca, jak i pisać i czytać. Przyjęli mnie do szkoły żeńskiej im. Marii Rodziewiczówny w Brześciu, do której uczęszczała już moja starsza siostra Irena. W 1939 roku byłam już gimnazjalistką, ale niestety nauki nie rozpoczęłam, gdyż wybuchła II wojna światowa. Miałam wówczas dwanaście lat i jeden miesiąc. Od trzech lat byłam harcerką. Od 1 września miałyśmy rozkaz nieść pomoc rannym mieszkańcom poszkodowanym podczas nalotów na Brześć nad Bugiem, który był miastem strategicznym.

Niemcy do Brześcia wkroczyli 12 września 1939 roku. W tym samym dniu wróciliśmy ze wsi Motykały od Państwa Piwonich, u których „wegetowaliśmy” od 9 września w stodole. Ich dom „pękał w szwach” od uciekinierów z Brześcia. 12 września wróciliśmy do domu, który zastaliśmy w tragicznym stanie. Wyłamane drzwi wiszące na jednym zawiasie, powybijane szyby w oknach... okropny widok. W środku zostały tylko ciężkie, masywne meble, które ze względu na swój ciężar nie nadawały się do wyniesienia. Reszta naszego dobytku to było zaledwie to, co udało nam się wynieść na naszych grzbietach podczas ucieczki na wieś 9 września. Ów 9 września był to dzień bardzo ciężkiego nalotu na Brześć. Moi rodzice przed ucieczką ukryli niektóre cenne przedmioty oraz zapasy żywności w piwnicy, której 2 pary drzwi były zamykane na sztaby i podwójne zamki bardzo trudne do sforsowania. To nas uratowało, bo drzwi od piwnicy nie zostały wyłamane. I tak rozpoczęło się nasze życie w czasie okupacji niemieckiej od 12 września, a od 23 września 1939 r. w okupacji sowieckiej.

Sowieci wkroczyli do Brześcia 21 września, a dwa dni potem odbyła się słynna defilada Niemcy – Sowieci. Niemcy prezentowali się wspaniale. Dumnie, równym krokiem maszerowali w pięknych mundurach, czapkach i wypolerowanych butach. Sowieci natomiast wyglądali tak marnie, że na ich widok oniemieliśmy. Brudni, cuchnący i zaniedbani. Tak rozpoczęła się dwuletnia okupacja sowiecka.

Harcerze spotykali się od czasu do czasu. Dyskutowaliśmy o tym, jak przetrwać tę sowiecką okupację, jakie środki zapobiegawcze mamy zastosować, by zachować wiarę, język ojczysty i uratować wiele rodzin przed nędzą.

Od czerwca 1941 roku, po napaści Niemiec na ZSRR rozpoczęła się okupacja niemiecka. Młodzież polska, zwłaszcza harcerze, a w tym i ja, pomagaliśmy ludziom biednym, często przymierającym głodem. Otwarto szkoły podstawowe i gimnazja. Rozpoczęłam naukę w gimnazjum kupieckim. Nie dano mi skończyć pierwszego roku, ponieważ pewnego dnia Niemcy aresztowali wszystkich profesorów, a nam, uczniom, dali imienne skierowania do Arbeitsamtu. Mnie skierowali do pracy w Zakładach Naprawczych Telefonów. Miałam wtedy 15  lat. Od razu włączyłam się do „małego sabotażu”, który polegał na tym, że kiedy niosłyśmy wyremontowane telefony polowe do składziku, to starałyśmy się co trzeci zepsuć. Kiedy  trafiały na front, to nie działały. Oprócz tego otrzymałam zlecenie obserwacji pociągów jadących na front wschodni. Warsztaty były usytuowane na „zapleczu” stacji Brześć Centralny. Wszystkie transporty jadące na front wschodni przejeżdżały przez tę stację. Miałam obserwować i liczyć pociągi z amunicją, sprzętem wojskowym i wojskiem.

Po kilku tygodniach zostałam zaprzysiężona i nadano mi ps. „Jaskółka”. Z upływem czasu powierzano mi coraz większe i bardziej odpowiedzialne zadania do wykonania. Zostałam łączniczką. Przewoziłam rozkazy, broń, amunicję oraz leki i środki opatrunkowe do Białegostoku, a stamtąd do punktów („melin” w żargonie Armii Krajowej) rozsianych po wsiach. Będąc łączniczką, przetrwałam do 1943 r. Oprócz Białegostoku i pobliskich wsi, jeździłam na Wołyń do różnych miast. Wiele razy musiałam wyskakiwać z pędzącego pociągu, ponieważ Niemcy na stacji urządzali „łapanki”. Jakimś cudem Ten w Niebiosach uchronił mnie i każdy mój „skok” kończył się dobrze.

W październiku 1943 roku SD aresztowało mojego starszego o dwa lata brata Stefana i moją Mamę. Mamę bardzo bili i katowali, ale ponieważ nic nie wiedziała o konspiracji Stefana i mojej, to nic im nie powiedziała. Po dwóch tygodniach ją zwolnili. Byłam wówczas w Białymstoku. Po powrocie, na dworcu czekała na mnie łączniczka, która powiedziała, że w domu jest „kocioł”. W ten „kocioł” wpadła moja siostra Irena i też została aresztowana. Irena miała bardzo dobre dokumenty, bo pracowała w niemieckim banku, znała biegle język niemiecki i nic nie wiedziała o naszej konspiracji, więc wypuszczono ją z więzienia po tygodniu.

Nie zastanawiając się długo, poszłam do oddalonej o 12 km od Brześcia wsi Motykały, do Państwa Piwonich, u których w 1939 roku obozowaliśmy w stodole. Mieli trzech synów i wszyscy należeli do AK. W ich posiadłości odbywały się szkolenia przyszłych partyzantów, szkolenia sanitariuszek i wiele innych AK-owskich przysposobień do przetrwania niemieckiej okupacji. Tam i ja zostałam przeszkolona w strzelaniu, obronie wręcz i doszkolono mnie w zakresie medycyny.

Pod koniec października 1943 roku nastąpił przerzut do partyzantki. Znalazłam się na Białostocczyźnie w oddziale dowódcy ps. „Boruta”, ale po kilku dniach przerzucono mnie do oddziału komendanta ps. „Skorpion”. W jego oddziale byłam sanitariuszką przez 7 miesięcy. Moim zadaniem było opatrywanie rannych, więc wywiązywałam się ze swoich obowiązków sumiennie. W tamtym czasie stoczyliśmy wiele bitew, uciekaliśmy przed „Szwabami”, przedzieraliśmy się przez lasy. Pamiętam, że jak nasz oddział był już bardzo „przetrzebiony”, dowódca otrzymał rozkaz przejścia do jakiejś miejscowości w celu uzupełnienia liczebności naszego oddziału. Pamiętam, że pewnego razu musieliśmy przejść 80 km. Marsz ten był tak wyczerpujący, że po przyjściu na miejsce wszyscy „padliśmy” nieżywi na podszycie leśne i leżeliśmy bez siły. Dotarliśmy do Lasów Janowskich i podczas walki z Niemcami zostałam ranna. Przez 9 dni byłam nieprzytomna, a po trzech miesiącach wróciłam do domu w Brześciu.

Po 1945 roku, po zakończeniu wojny i rozwiązaniu Armii Krajowej, młodzież polska na Polesiu spotykając się tak samo, jak za okupacji, rozmawiała o założeniu nowej formacji. Nie mogła się pogodzić z nową okupacją sowiecką, więc cały czas podejmowała działania związane z ruchem oporu. I tak w 1945 roku powstał Związek Obrońców Wolności, do którego również należałam i przyjęłam nowy ps. „Sfinks”. Celem organizacji było zachowanie polskości tych ziem, szerzenie świadomości narodowej, utrwalanie wartości kultury polskiej oraz nauczanie języka polskiego, historii i geografii. Naszym obowiązkiem było ratowanie polskich książek, które Sowieci palili w różnych miejscach w Brześciu.

Organizacja przetrwała do 1948 roku, gdy miała miejsce duża „wsypa”. Aresztowano około dwóch tysięcy młodzieży z ZOW-u, w tym mnie i mojego młodszego brata Jeremiego. Najpierw w urzędzie NKWD przeprowadzili śledztwo, potem nas torturowali, bili i znęcali się nad nami zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Po tygodniu bestialskich tortur przewieźli nas do więzienia w Brześciu, gdzie między lutym a czerwcem 1941 r. siedział mój Tata, jako obszarnik i wróg ludu ze wschodniej Ukrainy. Zaczęło się nasze metodyczne, trzytorowe śledztwo: działalność podczas okupacji niemieckiej, działalność po wojnie (ZOW) i szpiegostwo. Dlaczego za szpiegostwo byliśmy przesłuchiwani? Otóż mój starszy brat Stefan po powrocie z łagrów poszedł na studia do Warszawy. Rodzice co jakiś czas przesyłali mu przez znajomego kolejarza pana Wereszczyńskiego złote carskie 10-cio rublówki. Po ich sprzedaży Stefan miał pieniądze na życie. Wielu Brześcian wyjechało do Polski i dzięki mojemu bratu i panu Wereszczyńskiemu mogli utrzymywać stały kontakt z bliskimi, którzy zostali w Brześciu. Pan Wereszczyński przewoził listy, a moi młodsi bracia roznosili je pod wskazane adresy. Ostatnia partia listów wpadła w ręce NKWD. Stefan został aresztowany przez UB w Warszawie, siedział na Rakowieckiej przez półtora roku, a UB-owcy próbowali mu wmówić, że był skrzynką kontaktową między nami a rządem w Londynie. Była to totalna bzdura. Zarówno ja, jak i Jarek wypieraliśmy się szpiegostwa. Mojego brata wiele razy pobili tak dotkliwie, że nie mógł sam iść. Baliśmy się, bo w ZSRR za szpiegostwo rozstrzeliwali, a myśmy byli młodzi i chcieliśmy żyć.

Po kilku miesiącach nasze śledztwo dotyczące działalności okupacyjnej oraz ZOW zostało zakończone i jako jedni z pierwszych byliśmy z Jarkiem sądzeni przed Wojskowym Trybunałem NKWD Białoruskiej Republiki. Prawie wszyscy dostaliśmy po 25 lat pozbawienia wolności i po 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. Niektórzy z nas, w tym i ja, mieli klauzulę „Wykorzystać wyłącznie przy ciężkich pracach fizycznych”.

Tuż przed Bożym Narodzeniem 1948 roku wywieźli nas do Moskwy. Trafiłam do więzienia „Krasnaja Preśnia”. Spędziłam tam około dwóch tygodni. Początkowo wprowadzono nas do ogromnej celi, gdzie osadzone były tzw. Błatnyje, czyli recydywistki odsiadujące wyroki za kradzieże, zabójstwa i inne przestępstwa. Okradły nas ze wszystkiego, w co zaopatrzyli nas rodzice. Mało tego, każdą więzienną kaszę czy kromkę czerstwego chleba też nam zabierały. Na górnych pryczach siedziały nago wytatuowane „okazy” i grały w karty, a że nie miały pieniędzy, to grały o nas. Ta, która przegra, miała nas zamordować. To był koszmar! Następnego dnia  powiedziałam klawiszowi, że jeśli nas nie przeniosą do celi, w której siedzą więźniarki sądzone za przestępstwa polityczne, to będzie kilka trupów. Opowiedziałam mu o tym, że więźniarki nas okradły. Po godzinie do naszej celi weszło kilku funkcjonariuszy więziennych, a najstarszy rangą powiedział, że za minutę mają się przed nim znaleźć wszystkie nasze rzeczy, a jeśli nie, to zostanie na nie nałożony dwudniowy karcer o chlebie i wodzie. Za chwilę z górnych prycz leciały nasze ubrania. „A gdzie prowiant?” zapytał ten sam funkcjonariusz, a one „Zjadłyśmy!”. „To znaczy, że macie 5 dni karceru tylko o chlebie i wodzie” - odpowiedział. Zostałyśmy przeniesione do mniejszej celi, do więźniarek politycznych. Cisza, spokój. Dostałyśmy miejsca do spania na pryczy. W poprzedniej celi spałyśmy na zimnej, betonowej podłodze.

Po dwóch tygodniach przewieźli nas bydlęcymi wagonami na północ do Kirowa. Tu trafiłyśmy od razu do celi więźniarek politycznych. Po trzech tygodniach nastąpił kolejny etap i z Kirowa w bydlęcych wagonach, z dziurą w podłodze na załatwianie potrzeb fizjologicznych, wieźli nas dalej na północ. Karmiono nas słonymi śledziami. Dawali bardzo mało wody do picia, więc ludzie często mdleli z pragnienia.

W takich warunkach dojechaliśmy do Workuty. Pociąg zatrzymał się. Rozpoczęto „sortowanie”. Mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. Po uformowaniu kolumn, z workami na plecach ruszyliśmy do „łagru przesylnego”. Jak długo maszerowaliśmy, nie pamiętam. Człowiek mierzy czas wschodem i zachodem słońca. Na Workucie na przełomie lutego i marca występuje zjawisko „czarnych nocy”, a więc mrok panuje 18 h, a dzień, tzn. półmrok ok. 5-ciu. Odmierzanie czasu nie było możliwe. Po dojściu do obozu, który pełnił funkcję punktu „przesylnego”, porozmieszczali nas w barakach-celach. Mieliśmy tu czekać, aż rozdzielą nas do baraków, w których będziemy mieszkać. Kiedy weszłyśmy do nich, to padliśmy na pryczach z kompletnego wycieńczenia. Po kilku dniach zaczęli wywoływać pojedyncze osoby z baraków. Znów kazano uformować nam kolumnę i pod konwojem żołnierzy z bronią i psami ruszyliśmy do łagru. Kiedy do niego dotarliśmy, moim oczom ukazał się ogrom śniegu. Wszystko było zasypane, moja wyobraźnia nie była na tyle wybujała, aby wyobrazić sobie wykopane w śniegu tunele, które były ścieżkami.

Po sprawdzeniu dokumentów, wpuszczono nas do łagru, gdzie nadal musieliśmy czekać na trzaskającym mrozie. Tupałyśmy, dreptałyśmy, ruszałyśmy się, aby nie zamarznąć. Wreszcie po długim czasie stania na tym mrozie, przyszła kobieta w mundurze i zaprowadziła nas do baraku. W każdym była tzw. dniewalnaja, czyli porządkowa, która była odpowiedzialna za palenie w piecach i sprzątanie. Zazwyczaj funkcje te pełniły stare, schorowane kobiety, nie nadające się już do ciężkich robót fizycznych. Nowoprzybyłe więźniarki musiały stawić się na komisji lekarskiej. Byłam młoda, silna i jeszcze nie zagłodzona, więc dali mi najtrudniejszą kategorię pracy. Otrzymałam łagierniczy mundur, czapkę uszatkę i walonki w rozmiarze 44, choć noszę 36. Do spania wydano nam cienki jak palec materac i koc do przykrycia. Łagier, do którego trafiłam nazywał się „Predszachtnaja”, co po polsku znaczy „przedkopalnia”.

Po otrzymaniu całego wyposażenia wróciłam do baraku, pościeliłam sobie pryczę i zasnęłam. Kiedy spałam, do baraku przyszła wyznaczona na brygadzistkę więźniarka i wyczytała nazwiska, w tym i moje, ale mnie to nie obudziło. Babcia dniewalnaja wzięła jednak sobie do serca opiekę nade mną, ponieważ obudziła mnie i powiedziała, że wszyscy poszli do stołówki na obiad. Wytłumaczyła mi, jak do niej dotrzeć i poszłam. Dostałam ugotowaną na śledziowych głowach i ościach zupę zwaną „bałanda” i kilka krupinek. Zupa była tak ohydna, że nie dałam rady jej zjeść. Na drugie danie była kasza z naparstkiem śmierdzącego oleju. Zastanawiałam się czy to zjeść, ale doszłam do wniosku, że jak nie będę nic jadła, to się wykończę. Zjadłam kaszę, ale bez oleju. Po powrocie do baraku zagrzebałam się w swoim wyrku i zasnęłam.

Rano szybko ubrałam się, wzięłam szczoteczkę i proszek do zębów oraz mały ręczniczek i pobiegłam, żeby się umyć, a tu kolejka. Nawet tak nieskomplikowanej toalety nie można było uczynić. Wraz z brygadą ruszyłam do stołówki, gdzie znów była kasza z naparstkiem oleju i kromka razowego chleba namoczonego w wodzie. Zjadłam chleb, bo byłam głodna. Po „śniadaniu” cała brygada podeszła do bramy. Rozdano nam łopaty. Formowaliśmy kolumnę, która udawała się na wyznaczone przez „naziadczyka”, czyli programistę robót, miejsce pracy. Raz było to odśnieżanie drogi, innym razem torów, kolejnym rozładowywanie worków mąki ważących po 100 kg każdy i noszenie ich do łagrowej piekarni, czy rozładowywanie produktów takich jak kasze, makarony do łagrowej kuchni.

Po powrocie z pracy przez kilka pierwszych dni byłam tak niesamowicie wykończona, że padałam na swoją pryczę i zasypiałam. Nie miałam siły iść do stołówki. Miałam jeszcze suchary i soloną słoninę, więc moczyłam suchary w gorącej wodzie, którą dostawałam od dniewalnej i wyjadałam z kubka jak zupę. Po kilku dniach starsza z więźniarek Jadwiga Filipska, roztoczyła nade mną „parasol ochronny”. Była to moja „Mama Workucka”, opiekowała się mną jak matka. Wisia codziennie przed powrotem brygad z pracy chodziła do stołówki, aby zjeść obiad i przynosiła go dla mnie w menażce. Matkowała mi ponad rok, potem ją przenieśli i zostałam sama, bez opiekunki.

Wkrótce przyjechało kilka starszych Polek, a jedna z nich, Pani Stanisława Maciejewska, trafiła do naszego baraku i zajęła miejsce dniewalnej. To ona zastąpiła mi Panią Wisię. Pilnowała pryczy i moich rzeczy, przynosiła obiad ze stołówki. Z Panią Stasią przeżyłam około 3 lat. Została zwolniona wcześniej i w 1954 roku transportem wyjechała do Polski. Nie byłam długo sama, ponieważ wkrótce pojawiła się moja trzecia łagrowa mama – Maria Kwiatkowska, która mieszkała z nami w baraku. Pracowała w „Sapożnojmastierskoj”, ponieważ umiała szyć i reperować buty - walonki. Z nią miałam „złote życie”, bo nie dość, że dbała o mnie, o moje wyżywienie, to jeszcze prała moje ubrania, bieliznę i pościel. Traktowała mnie jak własną córkę, a była starsza ode mnie zaledwie o 16 lat.

Zostałam przeniesiona do brygady, która wydobywała glinę na „Bezimiance”. Najpierw zdejmowaliśmy nadkład: żwir, ziemię, kamyki i tym podobne, oskardami odbijałyśmy po niedużym kawałku gliny i wydobywałyśmy go na powierzchnię. Kopalnia gliny wyglądała tak, że były porobione tzw. tarasy jeden nad drugim, oddalone od siebie na wysokość ok. 1,5 metra. W momencie, kiedy odbijało się kawałek gliny, to przerzucało się go na wyższy taras, potem jeszcze na wyższy, aż do poziomu powierzchni ziemi. Na powierzchni ładowałyśmy te kawałki na taczki i przewoziłyśmy do kolejnej  brygady, która ładowała je do wagoników. W tej kopalni było bardzo zimno i łatwo było się tam przeziębić. Pracowałam tam około pół roku i zachorowałam. Przewieźli mnie do łagru „Sanczasti”, który pełnił rolę przychodni, a z niej skierowano mnie do szpitala łagrowego. Okazało się, że miałam ostre zapalenie stawów. W szpitalu leżałam trzy miesiące. Od tego czasu, czyli od 1952 lub 1953 roku choruję na reumatyzm.

Był 3 maja 1954 roku. Wezwał mnie Operupołnomoczennyj (szef komórki NKWD w łagrze) do swojego biura i odczytał mi nowy wyrok. Po śmierci Stalina w 1953 roku wszystkie wyroki grupowe rozpatrywane były w pierwszej kolejności, a nasza grupa była bardzo liczna – 73 osoby. Po rozpatrzeniu wyroków naszej grupy widocznie doszli wniosku, że zbyt surowo nas potraktowano, dając najwyższe w owym czasie wyroki, więc 25 lat pozbawienia wolności zmieniono nam na 10 lat, ale pozbawienie praw obywatelskich pozostało bez zmian, czyli 5 lat. Operupołnomoczennyj po odczytaniu wyroku powiedział do mnie:

„Widzisz jaki Związek Radziecki jest dobry?! Powinnaś to docenić! Ja nie zmieniłbym ci wyroku. Zgniłabyś tu w Workucie”.

Chciałam mu odszczeknąć, ale ugryzłam się w język. Nie mogłam się doczekać, aż pozwoli mi odmaszerować. Do baraku, do swoich łagrowych przyjaciółek leciałam jak na skrzydłach. Wpadłam i krzyczę:

„Teraz wiem, że wyjdę na wolność, bo cztery lata, które mi pozostały, miną i odzyskam wolność!”.

W pierwszej dekadzie 1955 roku wyszło jednak rozporządzenie mówiące, że więźniowie, którzy odbyli 2/3 wyroku i nienagannie się sprawowali w łagrze, po rozpatrzeniu sprawy, będą mieli umorzoną 1/3 wyroku, ale bez prawa wyjazdu. Będzie to tzw. zsyłka. Pomyślałam, że to rozporządzenie mnie nie obejmie, ponieważ nie można było powiedzieć „nienaganny” o moim pobycie w łagrze. Ku mojemu zdziwieniu na początku trzeciej dekady zostałam zawieziona do Workuty na pseudo sąd. Wszystkie otrzymałyśmy zwolnienia, więc do łagru wracałyśmy jako wolne obywatelki. Na następny dzień wyrzucono mnie z baraku. Nie miałam dokąd iść, gdzie spać, nie miałam pieniędzy, żeby się utrzymać. Błąkałam się za dnia po pustkowiu, a na noc wracałam do baraku. Współwięźniarki pomagały mi, jak tylko mogły. Była to kolejna straszliwa tortura bezwzględnego sowieckiego systemu. Mogliśmy wyjść na „wolność”, ale nie mogliśmy wrócić do Kraju.

Szukałam pomocy u Olgierda, którego znałam z korespondencji, kiedy to przez grypsy poszukiwałam mojego młodszego brata. Szukając Jarka, wysłałam kilkadziesiąt grypsów do różnych łagrów męskich. Odpowiedział mi między innymi Olgierd Zarzycki, który opisywał ze szczegółami co się wydarzyło. Jeremi wraz z kolegą zorganizowali ucieczkę z łagru. Przepłynęli rzekę Workutę wpław i podążali na północ ku Karskim Wrotom, oddalonym od obozu o 80 km. Tam znajdował się dość duży port, więc chcieli wejść na jakiś zagraniczny statek i odpłynąć na zachód. Niestety akurat wtedy spadł pierwszy śnieg, który ukazał ich ślady grupie pościgowej, która dopadła ich już po 12 km. Po złapaniu, jak wszyscy uciekinierzy, dostali kulkę prosto w czoło. Ciała przywieźli pod łagier, rozebrali do naga i rzucili pod bramą na śniegu. Widok ten miał być przestrogą dla innych więźniów myślących o ucieczce. Kiedy ciała zasypał śnieg, oczyszczali je miotłą. Nocami obgryzały ich dzikie zwierzęta. Po tygodniu zostali pochowani w jednym grobie. Wszystko to opisał mi Olgierd w grypsie z 1954 roku. Po tych doniesieniach chodziłam na wpół przytomna. Nic nie pamiętam z tego okresu oprócz bólu i żalu do Pana Boga. Minęło już tyle lat, a ja nadal nie mogę się pogodzić ze śmiercią Jarka. Tylko dzicz sowiecka mogła tak postępować, bo ludzie cywilizowani nie mieliby serca.

W 1955 roku spotkałam się z Olgierdem. Poprosiłam o widzenie, podając się za jego kuzynkę. Mój Boże cóż to był za widok. Olgierd przy wzroście 175 cm ważył 46 kg, a ja przy wzroście 164 cm zaledwie 36 kg. Dwa kościotrupy. Olgierd załatwił mi kąt u łagiernika inwalidy w zamian za opiekę nad nim. Tak rozpoczęło się moje życie wolnego człowieka. Zaraz wyszło rozporządzenie, które umożliwiało zawarcie ślubu wolnego z więźniem, więc postanowiliśmy się pobrać. Miało to miejsce 12 lutego 1956 r. W Workucie nie było kościołów, więc w pokoju, w którym mieszkaliśmy, zrobiliśmy ołtarzyk i kapelan wojskowy ks. Józef Kuczyński udzielił nam ślubu. Trzy dni przed ślubem mama przywiozła biały materiał na suknię, bieliznę, pończochy, buty oraz garnitur dla Olka. Nie wspomnę o wódce i swojskich wyrobach na wesele. Koledzy łagrowi Olgierda zrobili wąskie stoły na krzyżykach, a prześcieradła służyły za obrusy.

Do Kraju z Workuty wyjechaliśmy z Olkiem w grudniu 1956 roku. Po 16 dniach od przekroczenia granicy urodził się mój syn Jeremi. Imię otrzymał po moim zamordowanym w Workucie bracie. Po dwóch latach i 8 miesiącach urodziłam córkę Marię Jolantę.

Olgierd zmarł w kwietniu 1989 roku. Od lat zajmował się pracą charytatywną na rzecz Akowców Łagierników. Postanowiłam kontynuować jego prace.  W 1993 roku, na VIII Zjeździe zostałam wybrana nowym Prezesem Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej. Byłam nim przez 9 lat, a więc 3 kadencje.

Mam 93 lata. Najwyższy w Niebiesiech pozwolił mi przeżyć czas od najmniejszych „zalążków” naszego Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej poprzez jego rozkwit w 1995 roku – po „zmierzch” tegoż Stowarzyszenia. Ta mała obecnie garstka tych prawdziwych łagierników - żołnierzy Armii Krajowej wciąż jeszcze trwa i będzie trwać aż do odejścia na wieczną wartę ostatniego członka Stowarzyszenia.

Już teraz młodzi przejęli pałeczkę, to dobrze. Święty Jan Paweł II powiedział:

Naród, który nie zna swoich korzeni, nie zna swojej historii jest pozbawiony swojej tożsamości”.

To my musimy zadbać o to, aby ta tożsamość i polskość była zachowana.

Urodziłem się 9 sierpnia 1924 r. w Brześciu nad Bugiem i tam zamieszkiwałem. Rodzice moi byli urzędnikami pocztowymi. Do 1939 r. ukończyłem dwie klasy gimnazjum im. R. Traugutta. Od czwartej klasy szkoły powszechnej należałem do harcerstwa. Na kilkanaście dni przed wybuchem wojny w 1-ej Brzeskiej Drużynie Harcerskiej  im. Tadeusza Kościuszki zostało zorganizowane pogotowie harcerskie, w ramach którego pełniłem dyżury nocne (do 10 IX 1939 r.) przy osłonie mostu drogowego na rzece Muchawiec. Ojciec mój został w tym czasie powołany do Poczty Polowej. 11 IX wraz z matką i młodszym bratem ewakuujemy się na południe. Docieramy pod Dubno, gdzie 17 IX wkraczają wojska radzieckie. Nie mogąc powrócić do Brześcia, po wielu trudnościach, drogą okrężną poprzez Kowel, Chełm, Warszawę, Terespol, a następnie przeprawiając się łodzią przez Bug, wracamy dopiero na początku listopada do domu. Rozpoczynam naukę w polskiej szkole Nr 7 w Brześciu nad Bugiem, prowadzonej przez władze radzieckie (tzw. dziesięciolatka). W szkole wśród młodzieży, szczególnie byłych harcerzy, zaczyna działać konspiracja, która polega na rozmowach o konieczności przygotowania się do walki z okupantem, zbieraniu broni i amunicji na przedpolach Twierdzy Brzeskiej. Zalążki tej konspiracji zostają rozbite przez masowe aresztowania młodzieży i całych rodzin. Mając w domu radio, które pomimo wezwań nie zostało oddane nowej władzy, zajmuję się nasłuchem radiowym wiadomości przekazywanych przez radio francuskie (Tuluza), a następnie Londyn. W tym czasie w domu zdołałem wraz z ojcem zgromadzić 4 nagany z amunicją, zamek od karabinu mauzer oraz dwie maski gazowe. W późniejszym czasie (1941 r.) doszła jeszcze dubeltówka oraz kilka granatów węgierskich. Dla potrzeb konspiracji zakupiliśmy od Węgrów (luty 1944 r.) 3 karabiny, przekazane później do oddziału partyzanckiego „Watra IV”.

Po wkroczeniu Niemców do Brześcia nad Bugiem (22 VI 1941) zostałem wciągnięty wraz z matką, ps. „Mama” do konspiracji ZWZ AK. Moja matka prowadziła skrzynkę kontaktową przy stołówce miejskiej dla Komendy Okręgu Poleskiego oraz dla Wachlarza III; ja natomiast zajmowałem się nasłuchem radiowym, początkowo jeszcze na naszym aparacie „Telefunken”, za względu na gabaryty trudnym do ukrycia, a następnie na dostarczonym z Komendy Okręgu – O.S.B. Nr 75 [typ radiostacji – przyp. red.]

W połowie roku 1943 rodzice moi przyjęli do naszego domu (ul. Koszarowa 4 B) rodzinę żydowską dr Kagana (3 osoby), która uciekła z likwidowanego przez Niemców getta. Rodzina ta ukrywała się u nas do 1 X 1943 tj. do dnia mego aresztowania przez Gestapo. Aresztowanie nastąpiło w miejscu mojej pracy. Pracowałem w tym czasie w firmie budowlanej H. Kletke jako technik. Osadzony zostałem w więzieniu brzeskim. Kilkutygodniowe ciężkie przesłuchiwania przez Gestapo nie wykazały żadnych śladów mojej działalności w konspiracji. Po prawie trzymiesięcznym pobycie w więzieniu 23 XII 1943 zostałem wysłany wraz z większą grupą uwięzionych do obozu koncentracyjnego. Podczas załadunku kolejowego uciekam i ukrywam się u zaprzyjaźnionej rodziny. Ponieważ, jak sprawdził wywiad AK, dom mój jest bezpieczny, pomimo mojej ucieczki, gdyż raport niemiecki podał, że zostałem zastrzelony w transporcie, od stycznia 1944 r. ukrywam się w naszym domu i zajmuję się dalej nasłuchem radiowym.

W tym czasie (styczeń 1944 r.) Komendant Okręgu Poleskiego „Twierdza” – ppłk „Żuk” Stanisław Dobrski przenosi swoją kwaterę do naszego domu, gdzie niezależnie od nasłuchu radiowego wchodzę w skład osłony Komendanta Okręgu. Matka moja w tym czasie, poza prowadzeniem skrzynki kontaktowej (stołówka magistracka) pełni funkcję szefa opieki społecznej oraz prowadzi komórkę legalizacyjną, którą przejęła od „Ireny” – Jadwigi Ostaniewicz. Ojciec mój, ps. „Tata”, pełni natomiast funkcję płatnika Komendy Okręgu.

W pierwszych dniach kwietnia 1944 r. zostaję oddelegowany do pomocy przy pracy radiostacji Komendy Okręgu, która znajdowała się na kolonii Janowo u Bolesława Okły około 20 km na północny wschód od Brześcia. Pomoc moja polega na osłonie oraz uruchamianiu prądnicy zasilającej radiostację. W chwilach wolnych ppor. „Marek” NN kierujący radiostacją, zapoznaje mnie z jej budową i działaniem oraz szkoli w nadawaniu znaków Morse’a.

25 kwietnia 1944 r. otrzymuję rozkaz przez łącznika udania się do kolonii Skoki (6 km na południe od Brześcia). Po przyjściu na miejsce dowiaduję się, że następnego dnia ma się tutaj odbyć odprawa sztabu Komendy Okręgu Poleskiego AK. Komendant Okręgu z zastępcą, adiutantem, płatnikiem i łącznikami jest już na miejscu. Pozostali członkowie sztabu mają jeszcze dotrzeć. O świcie 26 VI  Gestapo z żandarmerią na skutek denuncjacji, okrążają kolonię, aresztując część członków sztabu i miejscowej konspiracji (zastępcę Komendanta Okręgu -  „Zenona”, „Tatę”, Komendanta Placówki i kilkanaście innych osób). Ponieważ Niemcom wydaje się, że mają nareszcie w swoich rękach „Żuka” – Komendanta Okręgu, zaprzestają szczegółowych rewizji poszczególnych budynków gospodarczych i w ten sposób nie zostałem odkryty w słomie nad oborą, gdzie schowałem się wraz z łącznikiem „Kańskim”. Przy aresztowaniu „Taty” – Niemcy wzięli go na skutek bardzo  wielkiego podobieństwa do „Żuka” i dlatego zaprzestali dalszych poszukiwań. Następnej nocy po skontaktowaniu się w Skokach z adiutantem Komendanta Okręgu, uzyskuję hasło i zgodę na dołączenie do Oddziału partyzanckiego – „Watra IV” dowodzonego przez ppor. „Marka” – Stanisława Nabiałka. Oddział mój prowadzi akcje dywersyjne w rejonie Poliszcz, Prużan, Żabinki, a następnie otrzymuje rozkaz przejścia do Puszczy Białowieskiej w celu założenia bazy dla przyszłej działalności w ramach akcji „Burza”.

W dniu 17 lipca wkraczają do Puszczy oddziały radzieckie, rozbrajają nas i kierują na miejsce postoju do Białowieży. W Białowieży stacjonujemy przez prawie dwa tygodnie i następnie pod kierownictwem dwóch oficerów radzieckich zostajemy skierowani (piechotą) w kierunku Lublina do tworzącej się Armii Polskiej. W trakcie przemarszu, na zachód od Wysokiego Litewskiego (k. lasów tokarskich), spotykamy koncentrujące się oddziały Zgrupowania 30 Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Dowództwo Zgrupowania przejmuje nas i włącza jako 3 Kompanię III batalionu 82 Pułku Piechoty  AK. Wraz z całym Zgrupowaniem spieszymy na pomoc walczącej Warszawie.

W dniu 19 sierpnia 1944 r. w Wielkich Dębach k/Warszawy Zgrupowanie zostaje rozbrojone, oficerowie zatrzymani, a pozostali żołnierze w kilkunastu ciężarówkach pod konwojem sowieckim odwiezieni na Majdanek, przy zapewnieniu pułkownika sowieckiego (dał oficerskie słowo), że nasi oficerowie dołączą następnego dnia do nas. Po przyjeździe na Majdanek (niedziela – 20.08.1944 r.) okazuje się, że oficerów nie zobaczymy, gdyż są wywożeni na wschód w związku z czym uciekam z obozu wraz z kilkoma kolegami. Po dwóch dniach docieram do Białej Podlaskiej, gdzie spotykam ppor. „Marka”, który ze względu na stan zdrowia nie mógł iść z nami na pomoc Warszawie. Przechodzę powtórnie do konspiracji i melinuje się w Białej Podlaskiej. W tym czasie dowiaduję się, że nasi oficerowie przebywają w Brześciu nad Bugiem w byłym obozie po-cygańskim.

15 listopada 1944 r. zostaję aresztowany przez Sowietów i osadzony w więzieniu w Białej Podlaskiej. W tym czasie posiadałem fałszywe, warszawskie dokumenty na nazwisko Adamski Zenon i pod takim nazwiskiem przebywałem w obozie w ZSRR. Po dwóch tygodniach badań i bicia przez śledczych, w nocy z 29 na 30 listopada zostaję wywieziony wraz z liczną grupą aresztowanych (ok. 75 osób) trzema ciężarówkami i licznym konwojem do Sokołowa Podlaskiego. Znajduje się tutaj obóz przejściowy dla aresztowanych przez NKWD z różnych okolicznych miejscowości (w większości spod Warszawy). Jest nas w obozie około 2000 osób. 1-go grudnia załadowują nas, przy biciu i popychaniu do wagonów towarowych (małych), po 80 więźniów na każdy wagon. Wagony są odrutowane i całkowicie zamknięte z wpuszczoną rurą po jednej stronie drzwi do załatwiania czynności fizjologicznych. W takich warunkach, w strasznej ciasnocie i zimnie, po 11 dniach podróży wyładowują nas w Borowiczach, nowgorodzka obłaść. W czasie jazdy konwój rewidował nas dokładnie i bił dwukrotnie, rabując wszelkie kosztowności i lepszą odzież. Podczas całej jazdy otrzymaliśmy jedynie dwukrotnie wodę do picia i suchary oraz po małej porcyjce gotowanej kaszy. Z braku wody, a pragnienie było straszne, lizaliśmy skraplającą się pod dachem wagonu parę wodną. Trasa przejazdu prowadziła przez Brześć n. B., Baranowicze, Ostaszków, Bałagoje do Borowicz. Nie wolno było podchodzić do zakratowanych okien podczas postoju, gdyż groziło zastrzelenie przez obstawiających wagony konwojentów NKWD.

Po wyładowaniu z transportu formują nas piątkami w długą kolumnę marszową i pędzą (dosłownie) do obozu w Jogle, który znajduje się około 9 km na południe od miasta. Po przejściu mniej więcej połowy trasy odłączają tylną część kolumny (słabszych) i zatrzymują w obozie w Szepietowie, a ja wraz z resztą dochodzimy całkowicie wycieńczeni do obozu jeńców wojennych w Jogle w nocy z 11 na 12 grudnia 1944 r. W obozie zastajemy przybyłych wcześniej naszych rodaków z transportu rzeszowskiego i lubelskiego. Jest nas w obozie, nie licząc Niemców około 5 – 6 tysięcy. Przechodzimy ścisłą rewizję przy której odbierają nam pozostałą jeszcze lepszą odzież, a dają łachy wojskowe przeważnie niemieckie i każą naszyć opaski z literą I (internowany). Lokują nas w barakach - ziemiankach po około 500 więźniów. Ziemianki posiadają jedynie maleńkie okienka nad górnym rzędem prycz. Brak jest oświetlenia elektrycznego, używamy do tego celu łuczywa. Dowiaduję się, że wszystkie obozy w tym rejonie podlegają jednemu zarządowi i mają numer 270. Są one podzielone na tzw. uczastki (podobozy). Jednym z nich jest Jogła (Jegolsk). W Jegolsku przechodzimy tzw. kwarantannę, w zasadzie nie pracujemy, a jedynie walczymy z plagą wszy i głodujemy, gdyż władze obozowe sowieckie okradają nas permanentnie z należnych nam przydziałów żywności.

Bardzo dają się we znaki codzienne apele (prowierki) na których rano i po kolacji sprawdzane są stany ilościowe więźniów. Ponieważ często na skutek nieumiejętności podliczenia i uzgodnienia stanu ilościowego przez dyżurnych oficerów sowieckich, zmuszeni jesteśmy wystawać, nieraz przez parę godzin w mrozie i deszczu, w szeregach piątkami przed swoimi barakami aż do uzgodnienia stanu ilościowego i odwołania apelu.

W końcu lutego 1945 r. przenoszą nas do obozu miejskiego bliżej Borowicz (Stadtlager). Tutaj początkowo dostajemy komendantów baraków i innych funkcyjnych - Niemców, którzy próbują odgrywać się na nas jako na byłych „Polnische banditen”. Stopniowo następuje wycofanie Niemców z niektórych stanowisk funkcyjnych (pozostają jedynie w kuchni i łaźni).

W obozie tym następuje zmiana opasek na WP (wojenno plenni) i podział na brygady robocze. Zmuszają nas do ciężkich robót w kopalni glinki ceramicznej na tzw. „lesospławie” i przy innych fizycznych pracach. W pierwszym okresie pobytu w tym obozie (miejski) ze względu na ciężkie warunki, zimno i głód oraz nieprzystosowanie organizmu do zabójczego klimatu, wielu kolegów zapada na zdrowiu (płuca, biegunka) i umiera. W okresie zimowo-wiosennym zdarza się często, że śmierć zabiera do dwudziestu kilku kolegów na dobę. Chowani są w pobliżu obozu, w zbiorowych mogiłach (dołach) z trudem wykopanych na skutek silnych mrozów przez specjalną brygadę roboczą.

W drugiej połowie roku (zaraz na początku) obóz nasz został przeniesiony na drugą stronę miasta Borowicze do obozu „szachtowego”, w którym gros z nas pracuje brygadami na „szachcie” przy wydobyciu węgla brunatnego czy też budowie kopalni. Ja początkowo pracuję w tym obozie na tzw. „awto dorodze” (budowa drogi), potem w brygadzie transportowej, a następnie na 103 szachcie (kopalni) w 33 brygadzie. Wszystkie funkcje obozowe przejmują od Niemców koledzy. Obóz ten jest cały zbudowany z baraków naziemnych, nie tak jak poprzednie, z tym że zamiast trapiącej nas wcześniej plagi wszy, mamy jeszcze gorszą plagę pluskiew i to niesamowite ilości. Pomimo przeprowadzonej dezynfekcji (świece siarkowe) i parowania sprężoną parą, rezultaty zwalczania są niewielkie, pluskwy poruszają się jak mrówki przy mrowiskach leśnych.

W obozie tym po raz pierwszy wydano nam sienniki, gdyż dotychczas spaliśmy na drewnianych pryczach bez niczego, przykrywając się jedynie własną odzieżą.

Praca w obozie jest obowiązkowa – władze sowieckie uważają nas za jeńców wojennych i tak samo traktują jak Niemców. Czasem odnoszę wrażenie, że tych ostatnich nawet nieco lepiej. Ludność miejscowa, widząc nas przeważnie w łachach wojskowych, traktuje nas wrogo. Trzeba wielu wyjaśnień i tłumaczeń, że zostaliśmy zabrani z domów, że nie jesteśmy Niemcami, lecz Polakami, ażeby ten wrogi stosunek zmienił się.

Za wykonane prace, niezależnie od otrzymanego wyżywienia, otrzymujemy dodatkowo 200 gram chleba, z tym że za pracę na dole w kopalni (straszne warunki pracy) – 400 gram chleba, co nie równoważy wysiłku, jaki trzeba włożyć, ażeby wykonać naznaczoną normę. Normalne wyżywienie w obozie wynosi 600 gram chleba, dwa razy dziennie otrzymujemy „czaj” oraz raz dziennie tzw. zupę (woda z kapustą, brukwią lub czasem z mąką czy też resztkami ziemniaków, ości po rybach). Należą nam się jakieś tłuszcze, cukier i inne dodatki, których poza cukrem otrzymywanym od połowy 1945 roku w zasadzie nie widzimy, gdyż przydziały te giną u Sowietów zarządzających obozem. W obozie kwitnie handel. Szczególnie cennym i poszukiwanym artykułem jest tytoń, który można zdobyć tylko za żywność lub też odzież. Stąd wielu nałogowych palaczy głoduje i traci zdrowie, na przykład za szczyptę tytoniu na jednego, bardzo małego papierosa trzeba oddać pajdkę chleba (200 gram).

Po przybyciu jeszcze w grudniu do obozu nie wydano nam żadnych naczyń do jedzenia posiłków, toteż musieliśmy zorganizować je sobie sami ze starych puszek wyrzuconych na śmietnisko, po różnych konserwach, które otrzymywali żołnierze sowieccy. Taką puszkę, po dorobieniu do niej kabłąka z drutu, każdy z nas nosił stale przy sobie.

Posiłki w każdym z obozów, w których przebywałem, wydawane były w wiadrach na 10 osób i następnie dzielone w barakach. Często odbywało się to przy niezadowoleniu kolegów z powodu niesprawiedliwego podziału, w związku z czym dzielący byli stale zmieniani.

Nastawienie władz sowieckich w początkowym okresie bardzo wrogie, w drugiej połowie roku 1945 ulega pewnemu złagodzeniu, gdyż możemy już naszywać na naszych czapkach (różnych wojskowych) biało-czerwone proporczyki, co było nawet początkowo surowo karane, jak również po apelu wieczornym śpiewanie zbiorowe przez osadzonych w obozie pieśni „Wszystkie nasze dzienne sprawy” i innych (np. „O Boże, któryś jest na niebie”).

W okresie przebywania w obozie szachtowym zdarzyło się w nim kilka ucieczek, ale wszystkie zostały zlikwidowane i uciekinierzy wrócili z powrotem, często bardzo mocno pobici przez konwój. W jednym przypadku (czerwiec 1945 r.), gdy dwaj uciekinierzy zostali złapani w wagonie z sianem na stacji w Borowiczach (wykrył ich pies), konwojenci doprowadzając więźniów do obozu, zastrzelili ich. Ponieważ byli z mojego baraku, jeszcze z jednym kolegą musieliśmy ich przenieść do obozu. Pamiętam, że obaj pochodzili z okolic podwarszawskich, może z Marek. Jeden nazywał się Król, a drugi Wróbel, imion nie pamiętam.

W obozie występował całkowity brak papieru do prowadzenia ewidencji obozowej (pomimo, że w mieście tym była fabryka papieru), dlatego całą ewidencję sporządzano na deseczkach (jak stolniczki domowe). Na nich pisało się, a w przypadku jakichś zmian czy pomyłek, wyskrobywało szkiełkiem. Tak sporządzona ewidencja ułożona była na stercie w komendzie obozu. Brak papieru odczuwali szczególnie palacze. Każdy skrawek papieru czy też tektury oderwany np. z opakowania mimo przesiąknięcia smołą, stanowił dla nas cenny nabytek umożliwiający skręcenie papierosa.

Na początku stycznia 1946 r. przeprowadzono w obozie selekcję, wysyłając część kolegów do nieznanych mi innych obozów. Pozostałą naszą część (około 500 osób) przeniesiono do obozu na tzw. „kawankę” [obóz nr 7 w Borowiczach – przyp. red.]. Zapowiedziano nam, że szykują się powroty do kraju, ale jakoś nie bardzo w to wierzyliśmy, gdyż takich zapowiedzi i przedtem było wiele. Do obozu „szachtowego” wprowadzono na nasze miejsce Niemców.

W pierwszych dniach lutego 1946 r. załadowano nas do przygotowanego transportu, w którym znajdowały się prycze i piecyki, tak że warunki jazdy były znośne, łącznie z wyżywieniem. Początkowo nie wierzyliśmy, że wracamy do kraju, ale jak się stopniowo zaczęło okazywać, że jedziemy w kierunku południowo zachodnim, a następnie zachodnim, wtedy nabraliśmy otuchy i uwierzyliśmy w nasz powrót.

Nareszcie dojechaliśmy do Brześcia nad Bugiem i tu po dwudniowym postoju, przeładowano nas do innych wagonów towarowych z równoczesnym połączeniem z transportem przybyłym z Riazania. W tym transporcie spotkałem kilku naszych oficerów, aresztowanych 19.08.1944 r. w Wielkich Dębach k. Warszawy, w tym szefa sztabu naszego Zgrupowania mjr „Borka” Tomasza Zana.

W dniu 6 czy też 7 lutego 1946 r. odstawiono nasz transport pod ścisłym konwojem do Białej Podlaskiej, gdzie witało nas niemal całe społeczeństwo miasta. Po dwóch dniach otrzymałem zaświadczenie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, wydane przez Urząd Powiatowy U.B., stwierdzające mój powrót z ZSRR i każdy z nas, po otrzymaniu tego dokumentu, mógł udać się w swoje strony rodzinne. Część kolegów, których oddzielono od nas w styczniu przed wyjazdem z Borowicz, powróciła do kraju dopiero pod koniec 1947 roku ze Swierdłowska z obozu nr 131.

Po powrocie do kraju dowiedziałem się, że moi rodzice i brat mieszkający w Brześciu, za działalność przeciwko Związkowi Radzieckiemu, zostali aresztowani jesienią 1944 r. i po długim śledztwie skazani:

- matka Józefa Swarcewicz, członek Komendy Okręgu Poleskiego AK, ps. „Mama”, na 15 lat „reżimnogo łagiera”. Przebywała w Workucie do 1955 r. Zmarła w Szczecinie w grudniu 1988 r.

- ojciec Stanisław Swarcewicz, łącznik w Komendzie Okręgu Poleskiego AK, ps. „Tata”, na 19 lat obozu. Przebywał do 1953 r. w Mińsku w obozie. Zmarł w Szczecinie w 1969 r.

- brat Jerzy Swarcewicz, łącznik w Komendzie Okręgu Poleskiego AK, ps. „Mały”, na 5 lat obozu (nie miał 16 lat). Przebywał w obozie pod Orłem. Zmarł w Szczecinie w 1967 r. w wieku 39 lat.

W lipcu 1956 r. po wieloletnich staraniach, na podstawie listu gwarancyjnego w Kobryniu, przekazanego przez Polska Ambasadę w Moskwie miejscowej milicji w Kobryniu, gdzie moi rodzice zamieszkiwali w 1956 r., mogli nareszcie wrócić do Kraju. Naturalnie wszystko, co im podczas aresztowania zostało zabrane i skonfiskowane wraz z domem, uległo przepadkowi i nigdy im nie zwrócono dorobku ich całego życia czy też go zrekompensowano.

Jeżeli chodzi o mnie, to po powrocie do kraju zamieszkałem na stałe w Warszawie, gdzie dokończyłem naukę w średniej szkole, a następnie pracując w różnych instytucjach, w tym ponad 35 lat w tak zwanym zapleczu naukowo-badawczym, ukończyłem również studia ekonomiczne w SGPiS [dziś Szkoła Główna Handlowa – przyp. red.].

Wspomnienia pochodzą z nr 1(80)/2017 „Kwartalnika Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK”.

Jesienią 1945 r. z Drohobycza dowieziono nas do Workuty, gdzie w Drugim Rejonie znalazłem się w obozie „Stroj Kantory”, tj. w brygadzie remontowo-budowlanej. Do wiosny 1946 r. wykuwaliśmy w wiecznie zamarzniętej ziemi wykop pod mający powstać budynek na terenie kopalni węgla. Aby to wykonać, wbijaliśmy w ziemię rozgrzane do czerwoności łomy i w powstałe dziury zakładano materiał wybuchowy. Powstałe po wybuchu duże bryły łatwiej było rozbijać na mniejsze i wyrzucać z wykopu. Ciężka praca i mróz bardzo wyczerpywały, a dodatkowo wzywano na niedokończone śledztwo.

I tak wiosną 1946 r. zaocznie Moskwa zawyrokowała mi 6 lat zesłania, lecz nie mówiąc prawdy ogłoszono, że jesteśmy wolni i na razie musimy trochę popracować na południu od Workuty. To „południe” to też daleka północ. Została za nami tundra i pojawiła się tajga. Po drodze wysadzano z wagonów w różnych miejscowościach większe grupy ludzi, a mnie i kilku kolegów oraz kilkunastu Litwinów dowieziono do miejscowości Trakt. Było to raczej malutkie osiedle. Od stacyjki zaprowadzono nas torami daleko do walącej się rudery, strasznie zapluskwionej i tam czasowo mieliśmy mieszkać i pracować. Po kilku dniach jeden z Litwinów zmarł, a pozostali wszczęli protest, że tutaj nie będą pracowali i gdzieś ich przeniesiono.

Obok walącego się baraku było sporo przywiezionych kloców i z nich mieliśmy budować nowy dom. Zaczęło się korowanie, piłowanie i wkopywanie odziomków do ziemi – na nich miały być kładzione belki ścian. Przyjeżdżał jakiś mundurowy i pouczał, jak mamy prowadzić budowę. Było nas, Polaków, siedmiu. Zaczęliśmy układać ściany, wyciosując rowek wzdłuż belki, by lepiej na sobie leżały, a między belki układaliśmy mech. Jeden z nas przewiercał otwory, w który wbijano kołek mocujący belki ze sobą. Nadzorujący często przyjeżdżał, sprawdzał i czasem przywiózł jakieś narzędzie lub materiał. Ostatni strugałem z drzewa „fińską strużkę” (coś w rodzaju gontów) i przecinałem drut na kawałki - jako gwoździe.

Pracowaliśmy solidnie, bo chcieliśmy szybko przenieść się z tej rudery. Nie było jeszcze drzwi i okien, ale postanowiliśmy zamieszkać i już bez pośpiechu dokonywaliśmy uzupełnień. Krótko trwało nasze wygodniejsze życie.

W tajdze wybuchł pożar i nas wszystkich oraz ludzi z pobliskich osiedli ściągnęli do gaszenia pożaru. Gałęziami tłumiliśmy linię ognia, innego sprzętu nie było. Jak na złość, w tym czasie ogarnęła mnie, z braku witamin „kurza ślepota”. Po zachodzie słońca nic nie widziałem i koledzy przeprowadzali mnie do baraku w odległym osiedlu.

Pewnego razu postanowiłem zanocować obok pałatek naczalstwa i przy ognisku, zwinięty jak pies, przemęczyłem całą noc. Komary przekonały mnie, że lepsze jest szarpanie prowadzącego kolegi niż te męki.

Kilkunastodniowa walka z pożarem nic nie dała, dopiero ulewny deszcz zakończył akcję. My już nie powróciliśmy do Traktu oraz nie poinformowano nas, do jakich celów ten dom był stawiany, nas zaś przeniesiono do osiedla Wezdino. Nic nam nie zapłacono za czas walki z pożarem.

Na osiedlu Wezdino był duży skład kloców i trzeba było tam poprawić plan wykonania, więc nas tam zatrudniono. Gdy plan został wykonany, przewieziono nas do Ajkino, aby tam wykorzystać nas przy załadunku dłużyć na wagony. Przy okazji (jak zawsze) przewiezienia w inne miejsce, stale byliśmy „obskubywani” z zarobku. Typowe w tych warunkach.

I znowu przewieziono nas, tym razem na północ do dość dużego osiedla Lejmu. Na mapie nie widnieje ta miejscowość, ale jest rzeka Lejmu i prawie u jej źródła, przy torach kolejowych Workuta-Kotłas jest to osiedle. Nadal cała nasza siódemka była w komplecie. Wciąż praca na składzie dłużyc, podtaczanie do torów i załadunek. Bezleśna Workuta i jej kopalnia potrzebowały dużo drewna.

W Lejmu zwerbował nas bezczelny i bardzo sprytny „kierownik” do wzięcia udziału w ekspedycji i na zachętę dał wszystkim nowe watowane ubrania i walonki. Dołączył do nas Liwosz Józef, też z Drohobycza oraz kilku Ukraińców i jeden Armeńczyk.

Wyruszyliśmy w towarzystwie pięciu sań z końmi, kierownik i jego pomocnik oraz pięciu furmanów. Słowo „ekspedycja” poprawiło nam humory. Widok produktów na saniach też działał zachęcająco. Lepiej iść jak dźwigać kloce. Jednak Armeńczyk (Nisza) coś węszył, zostawał w tyle i ostatecznie zawrócił. Niebawem odczuliśmy smak tej wyprawy. Na tym szlaku były domki myśliwych (zaniedbane), tzw. izbuszki i w nich nocowali kierownik z pomocnikiem, my zaś przy ognisku, na ułożonych na śniegu gałęziach świerkowych.

Przecieranie drogi zasypanej śniegiem było trudne, a gdy drogę przecinał wąwóz zasypany całkiem śniegiem, trzeba było budować mostki. Ścinało się zdrowe drzewa, wysokie by wierzchołki sięgały drugiej strony i na tych dwóch podkładach układało się ciasno pomost, który wyścielaliśmy gałęziami i gałązkami drzew szpilkowych. Przeprowadzano przez ten most konie, a później przeciągaliśmy sanie. Takich mostków na trasie 100 km trzeba było wykonać siedem, dlatego ten odcinek 100 km pokonaliśmy w ciągu dziesięciu dni.

Na miejscu, tuż nad rzeką Peczorą, stał rozwalający się barak i malutki, w dobrym stanie, domek (izba dla naczelnika i magazyn). Ot tobie ekspedycja, a to w celu wybudowania tam piekarni i stołówki, nowy barak lub dwa i tam miało powstać osiedle Lemta. Kiedyś ludzie tam mieszkający (czy do tego doszło?) mieli ścinać drzewa i spławiać rzeką Peczorą do miasta Peczory, gdzie by je ładowano na wagony i przewożono do Workuty.

Najpierw mieliśmy poprawiać barak, aby można było w nim zamieszkać. Był środek zimy, silne mrozy i w nocy słychać było jak drzewa pękają. Wodę brano z przerębli w rzece. Przez dwa miesiące nie jedliśmy chleba, bo łatwiej było przewieźć mąkę, więc piekliśmy placki. Co dwa tygodnie dwoma saniami przywożono nam produkty. Siano w belikach dla koni było spleśniałe, nic dziwnego, że konie padały. Ludzie wyczerpani pracą, głodem i mrozami ratowali swoje życie, jak mogli. Na pracę zostawało mało czasu, choć poganiał nas najedzony i często podpity naczelnik. Pościnaliśmy trochę drzew, wykrzesali kloce, przygotowali teren pod budowę (którą ledwie zaczęliśmy), kiedy zaczęła rysować się niewykonalność tego zamiaru. Ludzie zaczęli chorować, konie padały w drodze, kiedy spadły jeszcze większe śniegi, brak żywności, bo jej nie dowieziono, zaczęto więc likwidować placówkę. Postanowiono odsyłać najsłabszych, ja i Józef Liwosz z dwoma Ukraińcami opuściliśmy placówkę ostatni. Naczelnik i jego pomocnik czekali na przyjazd sań, aby zabrać produkty i narzędzia.

W Lejmu, po przybyciu na piechotę, nic nam nie zapłacono za dwa miesiące pracy w Lemcie, bo potrącono nam na nową odzież i wyżywienie. Jakiż to pech stale utrudniał nam życie. Nikt nie wspominał o możliwości odesłania nas do Kraju lub do nowych miejscowości. Nadal w Lejmu ładowaliśmy drzewo na wagony, ale system enkawudowski działał sprawnie i przewieźli nas nieco na południe do osiedla Tałyj. Brak na mapach tego osiedla, gdzie też przy torach kolejowych były wielkie składy dłużyc. Cały czas byliśmy głodni, racje żywnościowe małe, a później brak pieniędzy na wykupienie produktów na kartki żywnościowe. Brak mydła i łaźni, to już klęska.

W Tałyj zostaliśmy przydzieleni do brygady awaryjnej, to jest o każdej godzinie dnia i nocy ładowaliśmy wagony. Mieliśmy więcej zarobić. Kulig i Stężka podtaczali nam te kłody, zarabiali jeszcze mniej i mieszkali na tak zwanej „Sachalinie” - rozpadające się baraki. Reszta z naszej polskiej grupy pozostała w Lejmu.

Praca w Tałyj była bardzo ciężka, nocne załadunki męczyły, człowiek czuł się jak zaniedbane zwierzę pociągowe - nikt go nie czyścił, dostatecznie nie odżywiał, a zmuszał do ciężkiej pracy. Zapominało się o modlitwie i Bogu – jedzenie i spanie to były najważniejsze potrzeby. W tym osiedlu byli też przesiedleńcy, Niemcy znad Wołgi, którym dopisywano ładowane przez nas wagony w nocy. Za nasze zarobione pieniądze można było wykupić tylko część najtańszych produktów, jakie należały się na kartki. Część kartek sprzedawaliśmy.

Jeszcze w osiedlu Trakt próbowaliśmy w tajdze znaleźć jakieś jagody - zabłądziłem i cudem ocaliłem życie. Próbowałem gotować grzyby - były inne jak nasze, więc dwa razy odlewałem wodę, aby się nie zatruć. Smakiem przypominały hubę.

Z Tałyj wiosną 1947 roku postanowiłem uciekać, by ratować życie. Sprzedałem wszystkie kartki żywnościowe, kupiłem bilet do Drohobycza i dwa bochenki chleba. Wsiadłem do pociągu, pomagając rodzinie, która wyjeżdżała do Niemiec, wnosząc im tobołki i wraz z nimi opuściłem Tałyj. W pociągu udawałem, że jestem członkiem tej rodziny, ostatecznie zwyciężył sen i na najwyższej półce zasnąłem. Miasto Kotłas, miejsce największych kontroli pasażerów, minąłem w nieświadomości. Do Moskwy pociąg jechał bez przerwy cztery doby, oczywiście stając na stacjach. W Moskwie mnie zatrzymano, ale udało się ich okłamać. Miałem jeszcze kłopoty z przedłużeniem ważności biletu w Moskwie, później na trasie do Kijowa wyszedłem na chwilę na pobliski bazar i uciekł mi mój pociąg. Po kilkugodzinnym wałęsaniu zostałem zatrzymany przez patrol milicji i wylegitymowany, ale wybawił mnie z opresji naczelnik stacji mówiąc, że nadszedł pociąg, którym dojadę. Milicjanci oniemieli, a naczelnik poinformował ich, że poprzedni pociąg mi uciekł. Dojechałem szczęśliwie do Kijowa, następnie do Lwowa i kiedy wsiadłem do pociągu do Drohobycza, byłem już jakby ze swoimi. Tak dotarłem do Drohobycza, zatrzymałem się u znajomych Liwosza - przekazując dokładny jego adres - później kilka dni byłem w swoim mieszkaniu (mama wyjechała już do Polski). Panią Julię Szmidtt i Panią Sowiakową zastałem jako nasze byłe lokatorki. Szukałem kontaktów. by przedostać się do Polski. Odwiedziłem gajowego Dydyńskiego i jego syna leśniczego, który był aresztowany z moim bratem Zygmuntem. Obaj byli w obozie Karaganda po wyroku 10 lat. Po dwóch latach byli jako zesłańcy w Kijowie - Dydyńskiego zwolniono.

Napisałem do brata list. W połowie 1947 roku brata Zygmunta zwolniono (prawdopodobnie też z powodu złego zdrowia). Przyjechał do Drohobycza i rozpoczął pracę jako leśniczy koło Truskawca, ale niestety w 1948 roku zmarł. Gdzie jest jego grób nie jest nam wiadome, tak jak i mego ojca Maksymiliana, aresztowanego w 1940 roku.

Skusiło mnie odwiedzić Wisznię, gdzie pracowałem z bratem w leśnictwie. Liczyłem na pomoc leśniczego Rosjanina, z którym po aresztowaniu brata pracowałem. Mieszkali tam już inni ludzie. Odwiedziłem naszą znajomą Wandyczową i w nocy, gdy u niej spałem, powrócił pijany komsomolec. Następnego dnia odstawił mnie na milicję i tak skończyły się dni pełne strachu i niepewności.

Moje wyjaśnienia o nieludzkich warunkach pracy nikogo nie rozczuliły i postanowiono mnie odesłać do Workuty. Uwięzienie trwało 9 miesięcy: w Drohobyczu 2 miesiące, we Lwowie 2 miesiące i w Workucie 2 miesiące, pozostałe 3 miesiące to transport i pobyt w Kijowie, Leningradzie, Kirowie i Syktywkarze.

Leśniczy w Workucie okazał zainteresowanie, a nawet zdziwienie. Prawdopodobnie był w osiedlu Tałyj, bo mogłem tam popełnić jakieś przekroczenie. Pod koniec grudnia 1947 roku wezwał mnie i bardzo grzecznie podał mi pismo z Moskwy - sprawę anulować, zwolnić z więzienia i odesłać do Polski. Ręce mi się trzęsły, poczęstował mnie papierosem i powiedział: „Jutro rano zwolnię ciebie, a ty z tym pismem zgłosisz się w II-gim Oddziale NWKD, gdzie wystawią powrót do Polski”.

Niestety, radość trwała krótko, Moskwa daleko, a ludzi do pracy trzeba. Major II-go Oddziału NKWD oświadczył: „Byłeś zesłańcem i nim jesteś - zamelduj się w speckomendanturze”. Dokument mi zabrał, wyjaśnienia nic nie dały i wyszedłem roztrzęsiony. W korytarzu spotkałem mojego śledczego i powiedziałem, co się stało - wszedł do majora (słyszałem, jak kłócili się) i szybko wyszedł zdenerwowany, a pod nosem mruknął „wot kakoj Jewrej”.

W speckomendanturze sekretarka rozmyślała, co ze mną począć - licho ubrany, bez pieniędzy, jak zacznie pracę? Skierowała mnie do Straży Pożarnej, otrzymałem ubranie, koszary i stołówkę. I tak doba dyżuru w remizie, doba w rezerwie (w koszarach) i doba wolny dzień. Apetyt wilczy, praca lekka, przeważnie dyżury w teatrze (jakoby miałem dobrą prezencję). Początkowo dyżury (w jednym dniu 8 godzin) miałem na terenie kopalni „Kapitalna nr 1”, czasem na Bazie OIS (baza produktów żywnościowych i różnych materiałów) i tylko raz brałem udział w gaszeniu pożarów. W koszarach były trzy sale po dwanaście osób każda, wszyscy zesłańcy ze wszystkich republik radzieckich i krajów ościennych. Kucharzem był Chińczyk. Na stanowiskach dyrektorskich (nawet członkowie partii) zostali przeniesieni za karę, na parę lat (widocznie podpadli). Oni jednak jako całkiem wolni, wyjeżdżali na 2 miesiące urlopu, otrzymywali podwójne pobory i lata przepracowane w tym klimacie zaliczano podwójnie. To dla tych „panów” był teatr (artystów przyprowadzano z obozów), początkowo wystawiano opery i operetki zachodnioeuropejskie, później tylko rosyjskie. W orkiestrze grali dwaj Polacy: Kłopotek i Żukowski. Był też balet, dyrygował nim narkoman Gruzin.

W mieście Workucie był szpital, stadion, elektrownie TEC 1 i 2, a do niektórych domów było doprowadzone centralne ogrzewanie. Prywatnych domów nie było. Wszystkie były z drewna.

W 1950 roku upłynął termin mego i innych zesłania. Zebrano nas i oświadczono: „Jesteście wolni bez prawa wyjazdu na stałe, tutaj wam żyć i umierać, żenić się i rozmnażać się”. W tym też roku poznałem na wspólnej wigilii Jadwigę Lipnicką z Nowoświęcian koło Wilna. W 1951 roku postanowiliśmy wspólnie dzielić trudy zesłania (choć w innej formie). Po oficjalnym ożenieniu się przy interwencji prokuratury (ona tam decydowała o trudnych rozwiązaniach) zostałem przeniesiony na drugą stronę rzeki Workuty do Osiedla Rudnik jako instruktor przeciwpożarowej profilaktyki.

Dostałem pokoik w domku tuż nad rzeką, obok mieszkali strażacy z kończącym się wyrokiem. Po roku przeniesiono mnie do remizy, otrzymaliśmy pokoik, a ja stanowisko zastępcy komendanta do spraw profilaktyki. Miałem nadzór nad całym osiedlem i przedsiębiorstwami, za wyjątkiem kopalni nr 8. Nadzór nad warsztatami kopalni należał też do mnie.

Był tam REMZ-2 (remonty maszyn elektrycznych - kierował tam kolega Edmund Weber), był też cech modeli i odlewów różnych części, były warsztaty mechaniczne i na tokarce pracował Edward Zieliński i Kubica ze Śląska. Na osiedlu były przedsiębiorstwa: GRU - poszukiwania węgla przez wiercenia – pracowali tam Pietrasiewicz i Narkun, „WNIMS” Instytut Badań Zmarzlin ZES-2 (lekkomoblina elektrownia), „ZIMS” (Zakład Wyrobów Materiałów Budowlanych) i pracował tam Skoczylas. W biurze GRU dozorcą był Książkiewicz, w garażach GRU dozorcami byli Baliński i Baranowski. W stajni koni weterynarzem był Kaszkur. W aptece dozorował Łukawski (ten zmarł). Było „ŻKK” - odpowiednik naszych usług komunalnych.

Gdy w 1952 r. urodził się Zbigniew, otrzymałem w budynku remizy pokój z kuchnią. Tam wszystkie paleniska były od strony korytarza, przez pół roku ogień nie wygasał, bo był mróz. W tym czasie wielu Polaków odwiedzało nas. Nawiązałem kontakt z Palaczem w tajdze, przyjechał i zamieszkał u nas. Udało mu się nawiązać kontakt z żoną w Polsce i wyjechał do Kraju przede mną.

W rejonach Workuty była cementownia, cegielnia, zakład wypalania wapna, a wszystko oparte na pracy więźniów i zesłańców. Czynnych kopalni ponad 20.

W straży pożarnej zarabiałem mało. Znajomy nasz inż. chemik pracował w cementowni i namówił mnie na zmianę pracy. Walento Stanisław powiedział: „Będzie kurs na mistrzów wypalania cementu, budują blok, dostaniecie mieszkanie i posadę majstra”. Tak się stało, zdałem egzamin na 5 (w tym okresie byłem ślusarzem, później mistrzem zmianowym). Pracowałem tam od 1953 r. do 01.05.1955 r., tj. do dnia wyjazdu do Polski.

Takie koleje losy były moim udziałem, ile szczęścia w nieszczęściu i ile uszczerbku na zdrowiu.

Wspomnienia pochodzą z nr 3(48)/2008 „Kwartalnika Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK.

Największym problemem w obozie było, jak zaspokoić głód. Głód doskwierał nam ogromnie. Nasze wnętrzności nocą i dniem domagały się jakiejkolwiek strawy. Idę więc do stołówki, bo może uda mi się uprosić kogoś o miskę bałandy [obozowej zupy – przyp. red.] za pomoc w myciu kotłów lub myciu podłogi, ale już tam są i inni, sprytniejsi. Więc wracam upokorzony swą postawą, zalegam na swoich narach w samym rogu baraku, skręcony w kłębek, nakryty buształem. Usiłuję zasnąć. We śnie widzę się w swoim domu, a na stole leży cały kirpicz chleba. Kiedy się budzę od wrzasków brygadzistów, wszystko wraca do normy, dostaję swoją pajkę, całe 400 gram gliniastego chleba, którą zjadam natychmiast. Pewną ulgę przynosi... machorka!

Od zaciągania się silnym dymem machorki przechodził nieustanny, wręcz fizyczny ból uczucia głodu. Pamiętam, niepalący od chwili aresztowania, w stanie permanentnego głodu, potrafiłem wyrzec się połowy pajki chleba, którą zamieniałem na pudełko od zapałek (spiczecznaja karobka) machorki, którą „handlowali” na obozowym „bazarze”. Oczywiście nie pieniędzmi tam płacono, a pajkami chleba, machorką oraz forszmakiem, czyli gałkami ulepionej, mielonej ryby. Raz w miesiącu otrzymywaliśmy 10 deko cukru, który był w cenie na obozowym bazarze. „Wykupywali” go brygadziści i ci, którzy pracowali w kuchni, w „chleboreżce”.

Chleboreżczyk to „car i boh” w obozie, krojący bochny chleba na „pajki”: 400 gram - garantijnyje, 600 gram - otlicznyje, 800 gram - rekordnyje pajki.

Ja, za cały czas mego pobytu w obozach, nigdy nie otrzymywałem innego niż garantijnyj pajok. Do tego dochodziła miska marnej bałandy i 50 gram owsianki czy pszona. Tacy, którzy wypracowywali normę otrzymywali otlicznyj pajok, dostawali 600 gram chleba, 60 gram kaszy i dodatkowo ów forszmak. Rekordziści otrzymywali 800 gram chleba, 100 gram kaszy i porcję ryby - krasnuchy. Zupa była niby jednakowa z tym, że rozdałczyk mógł ją różnie zaczerpnąć: jednemu gęstszą, innemu zaś samą juszkę.

Sposób obliczania wykonanej normy to była „czarna magia”, po prostu oparta na „tufcie” (tufta – lipa). Trzeba mieć na uwadze, że w obozie rządziła sitwa. Mnóstwo było pasożytów, takich jak brygadziści, proraby [zwierzchnicy brygadzistów - przyp. red.], personel medyczny, wochrowcy [więźniowie, którzy dla ochrony obozu otrzymywali broń - przyp. red.], wolne naczalstwo [kierownictwo – przyp. red.], których zaopatrywano bezpośrednio w ich pokojach. Wszyscy zjadali te produkty, które winny były trafić do kotła, na wyżywienie dla zeków [więźniów - przyp. red.]. Na ogół kierowałem się radami doświadczonych więźniów. A ci powiadali: „Chcesz przeżyć - żyj na garantii. Zechcesz otlicznogo ili rekordnogo pajka – podochniesz". Dlatego zadowalałem się porcją gwarantowaną i nie goniłem za wykonaniem normy, by otrzymać otlicznyj przydział i nie biłem rekordów. Zresztą nie było mnie stać na taki wysiłek. Więźniowie, którzy w obozie przeżyli dziesięć i więcej lat, tłumaczyli to tym, że ilość wydatkowanej energii na wykonanie normy była niewspółmiernie wyższa od otrzymanej, dodatkowej porcji żywnościowej.

Muszę tu nadmienić, że wykonana czy przekroczona norma pracy bardzo często byłą przez brygadzistę i normiworszczyka podskubywana na rzecz zupełnie niepracujących woriagów, którzy po przybyciu na wyznaczone miejsce pracy rozpalali duże ognisko, przy którym wraz z brygadzistą grali w karty. Reszta więźniów musiała kilofami i łopatami ryć zamarzniętą, twardą jak lita skała ziemię, ryć wykopy dla przewodów rurowych czy robić wykopy pod projektowaną linię kolejową - dojazd do nowo budującej się cegielni. Musieliśmy wykonywać tę, ponad nasze siły, pracę, gdyż zmuszał nas do tego panujący 25-30-stopniowy mróz. Groziły odmrożenia nóg i twarzy nawet w przypadku kilkuminutowego odpoczynku. Kto próbował ogrzać się przy ognisku, bywał brutalnie odepchnięty lub przepędzony kijem brygadzisty.

Aby przeżyć trzeba było ciągle walczyć o życie, przede wszystkim z głodnym, skręcającym od bólu żołądkiem. Więzień, wiecznie głodny, zje wszystko. Pamiętam taki typowy obrazek w stołówce: z rozgotowanej w zupie ryby, niektórzy „intelektualiści” wyławiają głowy i rybie ości i odkładają je na bok na stole. Wokół stołów kręcą się więźniowie najbardziej głodni, „szakale”. Zgarniają te odpadki do swoich kotiełków, blaszanek po konserwach. Następnie do tych odpadków dodają jeszcze uzbierane opodal kuchni jakieś obierki ziemniaków czy strzępy kapusty. Wszystko to gotują gdzieś na uboczu obozu, jeśli to jest lato, to dla „poprawienia smaku” dołożą pokrajanego zielska i zjadają to wszystko z wilczym apetytem. Był to żałosny widok tych „szakali”. W rezultacie takiego żywienia ludzie dostawali dyzenterii, dystrofii jelit i następowała nieuchronna śmierć. Określano to jako dosrocznoje oswobożdienije, czyli przedterminowe zwolnienie. Trzeba było siły woli, by nie upaść do poziomu „szakala”, bo głód to „wielki pan” i potrafi złamać i ludzkie charaktery i osłabić siłę woli. Kto tam nie był, nie przeżył tego – nie zrozumie.

Wspomnienia pochodzą z nr 1(14)/2000 Kwartalnika Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej